środa, 31 grudnia 2008

Podsumowanie

2008 - 43 książki

piątek, 19 grudnia 2008

Nowolipie

Bardzo lubię książki opowiadające o początku XX wieku, zarówno w Polsce, jak i w innych częściach Europy. Przełom XIX i XX wieku i czas do wybuchu II Wojny Światowej jest mi z jakichś powodów bliski - kulturowo, estetycznie, nostalgicznie. Drugą grupą ulubionych tematów jest barwna i nieco odmienna od naszej kultura żydowska - znam ją tylko z książek, głównie Singera, a teraz będę ją też poznawać u Hena.

Książką, która łączy te dwa tematy jest "Nowolipie" Józefa Hena, autobiograficzny zapis dzieciństwa pisarza, który wychował się w Warszawie, na Nowolipiu.

Zaczynamy wraz z autorem podróż we wczesnym dzieciństwie, a kończymy wraz z wybuchem II Wojny Światowej, kiedy gimnazjalista Hen opuszcza swoje ukochane Nowolipie i wyjeżdża na wschód (najpierw do Białegostoku, a potem dalej na Litwę).

Źródło: Warszawa 1939

Ale ważne jest to wszystko, co zdarzyło się pomiędzy - beztroskie dzieciństwo i dorastanie, życie rodzinne i jego zawiłości, letnisko w Michalinie pod Warszawą, przekrój społeczeństwa na przykładzie kamienicy na Nowolipiu i zasady nim rządzące, okoliczne sklepiki i jak się w nich kupowało, pan Balbus - miejscowy znachor, pierwsze miłości, koegzystencja Żydów i nie-Żydów, Warszawa w początkach XX wieku, wreszcie to, jak rodził się talent i warsztat pisarski Józefa Hena.

Polecam tę lekturę, bo jest napisana pięknie i interesująco, (autor pisał ją dla swoich wnucząt i często w tekście zwraca się do nich), i przywołuje choć na chwilę świat w dużym stopniu nam nieznany, i już nieistniejący, do którego warto czasami zaglądać, szczególnie, jeśli jest się warszawiakiem. *^v^*

Źródło: Warszawa 1939

wtorek, 9 grudnia 2008

Bliznobrody prezent


Dostałam dzisiaj prezent od Wydawnictwa Picaresque, mianowicie powieść "Bliznobrody" Tomasza Łysiaka.
Jest to druga część cyklu "Kroniki Szalbierskie", ale stanowi odrębną całość narracyjną, a opis zapowiada niezłą zabawę w stylu starych dobrych gier role-playing, gdzie drużyną wyruszało się na spotkanie Przygody. *^v^*
Jeśli mi się spodoba, to na pewno dokupię pozostałe części.

poniedziałek, 8 grudnia 2008

O miłości

Kompletnie zapomniałam!

Zapomniałam, jakie piękne książki pisze Krystyna Siesicka! *^v^*
Będąc ostatnio w bibliotece sięgnęłam po "Kapryśną piątkową sobotę" i czytałam ją oczarowana. Sama autorka pisze tak:
Chciałabym przedstawić jakoś tę książkę.
Więc może tak: to jest opowieść o miłości. I o niczym więcej.
I to prawda.
To książka idealna na grudniowe wieczory - ciepła, otulająca niczym puchaty koc. Mamy tu miłość szczęnięcą, miłość dojrzała, miłość podszytą tragedią, miłość matczyną i babciną, a wszystko to pokazane w taki sposób, że nie sposób się do tej ksiażki oderwać i wyzwolić spod jej magii. Jest też tajemnica, umiejętnie przez autorkę odkrywana po kawałeczku, tak, żeby czytelnik nie dowiedział się wszystkiego za szybko i żeby pozostał w zaciekawieniu do ostatnich kartek. A wszystko pięknie się kończy.

Znajdujemy tutaj również życiowe porady praktyczne, na przykład takie:
(...)Może się pan Damian chętnie ogórkiem kiszonym poczęstuje? O, tu, z tego słoja niech weźmie, sama przysmaczałam i w porę, bo wie pan Damian, jak się coś kisi, to trzeba wtedy, kiedy księżyc wzbiera, bo jak cienieje, licho na tym siada.

(Nie wiedziałam! W przyszłym roku będę kisić ogórki zgodnie z kalendarzem księżycowym.)

Idę do biblioteki po kolejne książki pani Siesickiej! =^v^=

Wspomnienia chałturzystki

No ładnie! Ale mam przerwę w recenzjach!...
Ale nie w czytaniu. *^v^*

Złożona chorobą w jeden z weekendów połknęłam "Wspomnienia chałturzystki" Stefanii Grodzieńskiej i muszę powiedzieć, że jest to książka niesamowita.

To fikcyjna historia podszyta autentycznymi wydarzeniami z życia autorki, z występującymi w niej prawdziwymi postaciami znanymi mi z dwóch autobiografii pani Stefanii. Na fabułę składają się dwa dni z życia artystki estradowej, która przyjeżdża do małego miasteczka na spotkanie ze swoim znajomym - młodzieńczą miłością jej życia, który na stałe mieszka za granicą ale zdecydował się odwiedzić swoją starą ojczyznę i przez kilka dni ma przebywać u rodziny. Nasza bohaterka chce temu panu zrobić niespodziankę i bez zapowiedzi zjawia się w owym miasteczku, po czym próbuje się z nim skontaktować, a przeszkadzają jej w tym najróżniejsze osoby i wydarzenia, ale nie będę więcej zdradzać, bo popsuję Wam przyjemność z lektury.

Oprócz warstwy fabularnej, napisanej lekkim i zabawnym językiem wytrawnej felietonistki, niewątpliwą zaletą tej ksiażki jest coś, co ja nazwałabym "podręcznikiem chałturzysty estradowego" *^v^* Autorka dokładnie wyjaśnia, co to jest dla artysty owa "chałtura", podaje liczne przykłady z życia wzięte a nawet rozkłada taką chałturę na czynniki pierwsze i zdradza tajniki zakulisowych działań na wypadek spóźnień, niedojechań i wpadek wykonawców na żywym przykładzie dwóch przedstawień, jakie odbywają się w miasteczku podczas pobytu w nim naszej bohaterki (w jednym z nich bohaterka bierze udział jako widz a w drugim jako konferansjer na zastępstwo za chorego kolegę).

Co tu dużo mówić, śmiechu jest przy czytaniu co nie miara, a przy okazji zaznajamiamy się z występami estradowymi "od kuchni". Nie mówiąc już o wątku miłosnym, ale o tym nic nie napiszę, sami się przekonajcie, jak było. ^^

niedziela, 23 listopada 2008

Podróże w czasie

Zaczyna się właśnie (22 listopada) i potrwa do 30 kwietnia 2009 nowe wyzwanie czytelnicze - Podróże w czasie, a to wyjątek z zasad:

W tym czasie należy przeczytać przynajmniej 4 książki, każda z innej epoki. Można czytać książki z proponowanych list lub inne. Może to być beletrystyka, która opowiada o danej epoce, książki napisane w danej epoce, biografie, książki naukowe i popularnonaukowe. Książki napisane w danej epoce powinny być osadzone w kontekście historycznym, słowem, nie czytamy np. alegorycznych, ponadczasowych powieści, które nic nie mówią o swojej epoce.

Tym razem będę tylko obserwatorem tego wyzwania, nie uczestnikiem, bo... taka idea wcale do mnie nie przemawia. Nie potrafię utożsamić się z wyzwaniem czytelniczym, w którym mam wybrać sobie cztery jakiekolwiek książki z czterech epok. Tak, wiem, nie "jakiekolwiek", bo związane z daną epoką, osadzone w jej kontekście historycznym, ale jest to dla mnie zbyt enigmatyczne, zbyt szeroki wachlarz do wyboru, to tak, jakby tych ram wyzwanie wcale nie miało.
Przejrzę proponowane pozycje i może coś sobie z tej listy wybiorę, ale nie deklaruję żadnych tytułów.

sobota, 15 listopada 2008

Już nic nie muszę

Znowu Grodzieńska, tym razem pierwsza autobiografia z 2000 roku, w formie wywiadu przeprowadzonego przez Beatę Kęczkowską, bogato przeplatana tekstami satyrycznymi pani Stefanii i wierszami jej męża, Jerzego Jurandota. Jako dodatek pani Stefania opisuje kilka ważnych dla niej postaci - swoją matkę, przyszywanego dziadka, Janusza Minkiewicza, Jana Brzechwę.

Nie przeszkadza mi, że niedawno czytałam o tych samych wydarzeniach, w formie bardziej narracyjnej, w tej książce pojawiają się elementy z życia pisarki, których nie zawarła w "Nie ma się z czego śmiać" i vice versa, więc obydwie te ksiażki uzupełniają się wzajemnie.

Skąd taki tytuł?
Inspiracją były rozmowy prowadzone ze swoją przyjaciółką, kiedy jako młode dziewczyny były uczennicami szkoły baletowej:
Rozmawiałyśmy o żarciu. Wtedy nie było anorektyczek i bulimistek. Były chude i tłuste. My, tancerki, musiałyśmy być chude.
- Jak będę stara - mówiłyśmy rozmarzone - to na śniadanie będę jadła trzy bułki grubo z masłem i z kiełbasą i do tego kakao z cukrem.
- A na obiad zupę ze śmietaną i z kluskami.
- Dwa talerze. I dużo klusek.
A inne tematy?
- Będę spała, aż się sama obudzę. W ogóle nie będę miała budzika.
Nasze wizje zawsze zaczynały się od tęsknego weschtnienia:
- Jak będziemy stare...
- Będziemy grube. Nie będziemy musiały się podobać.
- W ogóle nic nie będziemy musiały!
I właśnie to wspomnienie zaświtało mi siedemdziesiąt lat później. Młodzieńcze marzenia się spełniły.
Jestem stara i już nic nie muszę.

Co mi się głównie rzuca w oczy w tej biografii to obraz Jurandota, jakiego nie znalazłam w "Nie ma się..." - rozpieszczonego mamisynka kobieciarza. Stefania Grodzieńska mówi o tych cechach wprost (a ich córka jeszcze otwarciej ^^) ale się nie skarży, i czuć podziw i miłość, jaka łączyła pisarkę z mężem.
Na przykład taki obrazek:
Z gorliwością świeżej małżonki przyszykowałam obfite śniadanie, ładnie nakryłam do stołu. Zasiedliśmy do jedzenia. Zajęta przygotowywaniem sobie kanapki dopiero po chwili zwróciłam uwagę, że mój dopiero co poślubiony mąż siedzi bezradnie i nic nie je. Rozkroiłam bułeczkę i położyłam mu na talerzu. W duchu zachwyciłam się, że taki dobrze wychowany, nie zaczyna beze mnie.
- No, jedz - zachęciłam.
- Kiedy nie mogę.
- Dlaczego?
- Bo nieposmarowane.

Albo ze wspomnień córki:
Złościł mnie jego nieprzezwyciężony wstręt do jakichkolwiek zajęć domowych. Oczekiwał obsługi. Wracał do domu z jakiegoś spotkania towarzyskiego i bez względu na nasze zmęczenie, migrenę lub akcję filmu w tv ogłaszał (zawsze w tej samej formie):
- Kto ma ochotę zrobić mi herbatę?
Wkurzona, zawsze próbowałam obwieścić, że absolutnie nikt, ale nigdy nie zdążyłam. Mama już była w kuchni. Nie do wiary! Ten facet nigdy, ani razu, nie wziął sobie sam herbaty! Kiedy próbowałam robić mamie wymówki, odpowiadała:
- Jeśli ma się do czynienia z takim człowiekiem, to robienie herbaty naprawdę nie jest wysoką ceną.

Teraz zabieram się za Grodzieńskiej "Wspomnienia chałturzystki". *^v^*

środa, 12 listopada 2008

Z dziennika

O śmiertelnych chorobach nie pisze się książek, ludzie nie chcą o tym czytać, jakby sam fakt czytania o raku miał spowodować zarażenie się tą chorobą. Konieczność okresowych badań albo chociażby własnoręczne zbadanie piersi pod prysznicem jest odsuwane "na później", na "kiedy indziej". Jakby sam fakt niedotykania tematu świadczył o tym, że temat nie istnieje.

Mam guzek w piersi. Na szczęście po biopsji okazało się, że to niegroźna fibroadenoma, która od lat nie zmienia swoich rozmiarów, dlatego też nie decyduję się na razie na usunięcie operacyjne. Co nie zmniejsza mojego niepokoju, kiedy co 6 miesięcy robię kontrolne USG, ale nie uciekam od tych badań. I wiem, że gdybym znalazła się w sytuacji pani Krystyny, bez wahania podjęłabym taką samą decyzję - usunięcie piersi.

To bardzo źle, że przed przeczytaniem tej książki wiedziałam, że opowiada ona o roku z życia pani Krystyny Kofty, kiedy zachorowała na raka. Źle, bo od początku czekałam w napięciu, w jakimś takim rozedrganiu, jak na wyrok, kiedy wreszcie pojawi się pierwsza wzmianka o chorobie. A poczekać musiałam przez ponad 100 stron.

Co dziwne, kiedy wreszcie autorka dowiaduje się, że ma raka piersi i idzie na operację, uspokoiłam się i czytałam dalej bez poprzednich emocji, ale może to zasługa pani Krystyny, która chorobę znosiła bardzo dzielnie.
Książka została napisana w formie dziennika, zaczynamy w Sylwestra, i dzień po dniu towarzyszymy bohaterce do następnego Sylwestra. Co ciekawe, zapiski "sprzed momentu rozpoznania choroby" są dosyć sztywne, suche, zimne, dużo o polityce, cyniczne, a zapiski po operacji stają się dużo bardziej osobiste (co zrozumiałe) ale też cieplejsze, ciekawsze, mimo, że nie są wyłącznie radosne, więcej w nich człowieka. Dużo w nich bólu, cierpienia, ale też uśmiechu, prostych radości dnia codziennego, nadziei, małych zwycięstw od jednego badania krwi do drugiego, jednej chemii do drugiej.

Czy ten dziennik zostałby opublikowany, gdyby pani Krystyna ostatecznie przegrała walkę z rakiem? Czy pisałaby go, gdyby kolejne badania dawały złe wyniki? Nie wiem, ale wydaje mi się, że takiej osobie jak Krystyna Kofta musiało się udać, bo też ona sama nie dopuszczała do siebie myśli, że może być inaczej niż dobrze, a siła pozytywnego myślenia i gotowość do walki i stawiania czoła przeciwnościom (ciepienie fizyczne po chemii i psychiczna niepewność bliższego i dalszego jutra - możliwość przerzutów) niosły ją jak na skrzydłach i wspomagały jej rekonwalescencję.

Cytaty:
17 lutego, niedziela
Czytanie, śniadanie, pisanie, taka kolejność.
Potem, podczas pracy, gapienie się na zieleń, którą już widać, już jest inna niż zimowa. Niebo inne i ptaki przeczuwające wiosnę. Wyspokojenie organizmu.

- Mówić? - pyta pani doktor Monika N.
- Mówić. - odpowiadam.
- Ma pani raka. - Krótko i węzłowato.
- Czy jest złośliwy? - pytam bez sensu.
- Każdy rak jest złośliwy. - odpowiada pani doktor.

Gdy Bożena wyszła, siadłam w ogrodzie przy stole i zaczęłam myśleć o tym: Czy teraz jestem bardziej człowiekiem niż kobietą? Chyba nie tylko z tego powodu, że brak mi jednej piersi.

niedziela, 9 listopada 2008

Nie ma z czego się śmiać

Ależ śmiałam się, prawie cały czas! *^v^*
Oprócz oczywiście momentów, w których nie było za bardzo do śmiechu - kiedy czytałam o II Wojnie Światowej albo kiedy autorka opisuje chorobę i umieranie swojego męża, Jerzego Jurandota. Wtedy płakałam.

Mowa o książce "Nie ma z czego się śmiać" Stefanii Grodzieńskiej.
Twórczość pani Stefanii znałam dotychczas tylko z tekstów satyrycznych przypominanych przez Powtórkę z Rozrywki w Trójce, natomiast w swej ignorancji nie wiedziałam nic o jej działalności teatralnej (była współtwórcą teatru Syrena), konferansjerskiej, felietonistycznej. A już na pewno nie znałam jej pasji, fascynacji, i całej tej niesamowitej historii jej życia, która była udziałem wielu intelektualistów urodzonych na początku XX wieku, bo wszyscy oni się znali, trzymali razem i razem tworzyli - to pokolenie Dymszy, Tuwima, Jurandota, Brzechwy, Minkiewicza, Bielickiej, Kwiatkowskiej...

Pani Grodzieńska pisze ciekawie, zręcznie, pięknie. Dowcipnie i z przysłowiowym jajem, a jej styl bardzo przypomina pisanie innej mojej ulubionej autorki - Joanny Chmielewskiej (chociaż powinnam powiedzieć odwrotnie, bo Grodzieńska była pierwsza pokoleniowo *^v^*). Przez całą ksiażkę czytelnik ma wrażenie, że jest z nim prowadzony dialog, pełen faktów, ciekawostek, ploteczek, dygresji i aproposów. Nie można się od tej książki oderwać (odkładałam ją o drugiej w nocy, kiedy już dziubałam nosem kartki).

Wybrane cytaty (tylko dwa, mi najbliższe, bo jest ich tak wiele, że musiałabym przepisać całą książkę... ^^)

W żadnym wypadku nie można mnie nazwać "orłem kulinarnym". Orzeł kulinarny to nie ptak do zjedzenia na wzór bażanta, ale kura domowa, która potrafi takiego bażanta przyrządzić. Niech żadna prawdziwa Pani Domu nie poczuje się urażona, w moich ustach "kura domowa" to pełen podziwu komplement!

Szanuję tylko taką literaturę, w której każde słowo jest przemyślane i czemuś służy. Mogą to być kryminały, romansidła czy eseje, mogę się z autorami zgadzać lub nie, ale jeśli wierzę, że chcą mnie czymś zainteresować albo do czegoś przekonać, albo po prostu zabawić, czytam i przejmuję się tym, co przeczytałam. Nie cierpię być zalewana potokiem mowy, mającej za cel wyłącznie wykazanie mądrości, elokwencji i zasobu słów - czy to naukowych, czy angielskich, czy obscenicznych - autora. Takimi ksiażkami z radością rzucałabym o ścianę, gdybym rzucała ksiażkami o ścianę. A może to niezły pomysł? Taka terapia... Spróbuję i dam Ci znać.

sobota, 8 listopada 2008

Meijin - mistrz go

W 1938 roku Yasunari Kawabata, młody wówczas pisarz i dziennikarz, został oddelegowany przez redakcję swojej gazety do napisania sprawozdania z pożegnalnej partii go, którą mistrz Honinbo Shusai kończył swoją karierę. W 1954 roku autor sfabularyzował swoją relację pisaną w odcinkach i tak powstała powieść "Meijin - mistrz go".

Zabierając się za czytanie tej książki nie miałam bladego pojęcia o zasadach go, (co nie zmieniło się też po jej przeczytaniu *^v^*), jednak nie umniejszyło mi to przyjemności rozkoszowania się tą lekturą, ponieważ Kawabata jest mistrzem pióra, i mistrzem w pokazywaniu relacji międzyludzkich.

Głównymi bohaterami są dwaj gracze: stary mistrz Shusai i pretendent do tego tytułu, trzydziestoletni Otake, a narratorem dziennikarz spisujący relacje z poszczególnych partii. Na kilka miesięcy stajemy się obserwatorami gry i członkami całej grupy bohaterów, którzy towarzyszą temu wydarzeniu - sędziów, doradców, rodzin obu graczy. Gra w go nie jest może jedną z najbardziej dynamicznych dyscyplin (zastanawianie się nad jednym ruchem zajmuje Otake nawet do trzech godzin!), ale myliłby się ten, kto zakładałby, że jest to gra nudna, a już na pewno nie sportretowana ręką Kawabaty.

Zaskoczył mnie ciężar emocji, jakie były wyzwalane, kiedy gracze zasiadali do planszy. Emocji gwałtownych, ale jednocześnie bardzo po japońsku schowanych głęboko w graczach, a pokazanych czytelnikowi za pomocą innych środków stylistycznych niż opis bezpośredni - poprzez odczucia innych bohaterów, poprzez gesty, dźwięki, zmiany w otoczeniu. Na pełen obraz książki składają się nie tylko dwie postaci głównych bohaterów, ale również wszyscy dookoła nich, miejsca, w których toczy się gra, odwołania do historii Japonii i historii go. Każdy z tych elementów jest niezbędny w tej ksiażce i mistrzowsko przez Kawabatę dopasowany.

piątek, 31 października 2008

Miejskie Czytanie - podsumowanie

Skończyło się kolejne wyzwanie czytelnicze, a oto moje podsumowanie według listy, którą sobie upatrzyłam na początku:

Odwiedziłam następujące miasta:
Pekin
- Xiaolu Guo "Kamienna wioska"
- Chun Sue "Chińska lalka"

Sztokholm
- Agneta Pleijel "Zima w Sztokholmie"
Lublin/Warszawa
- I.B. Singer "Sztukmistrz z Lublina"
Praga
- Milan Kundera "Nieznośna lekkość bytu"
Lizbona
- Antonio Munoz Molina "Zima w Lizbonie"
Nowy Jork
- F. S.Fitzgerald "Wielki Gatsby"
Londyn
- Neil Gaiman "Nigdziebądź"
Bombaj
- Salman Rushdie "Ostatnie westchnienie Maura"


Wciąż jestem w trakcie tych lektur:
Bombaj - Vikram Chandra “Święte gry"

Warszawa - L. Tyrmand "Zły" (jest to jedyna książka, która rzeczywiście jest niesamowicie przesiąknięta miastem, w którym rozgrywa się akcja, miasto jest głównym bohaterek tej powieści a wydarzenia nie mogłyby mieć miejsca nigdzie indziej, jak w Warszawie!)

Tych dwóch nie przeczytałam, bo nie udało mi się ich zdobyć:
Oslo
- Knut Hamsun "Głód"
- Erlend Loe "Doppler"

A za tę książkę się jakoś nie zabrałam, mimo, że leżała u mnie cały czas na półce... -
Paryż - E.M. Remarque "Łuk triumfalny"


Dziękuje wszystkim współczytającym za inspiracje książkowe, mam nadzieję na kolejne ciekawe wyzwanie czytelnicze niebawem! *^v^*

Murakami w pigułce

Utknęłam w 1/3 "Złego" Tyrmanda, więc jako przerywnik przeczytałam czekającą w kolejce "Ślepą wierzbę i śpiącą kobietę" Harukiego Murakamiego.
Jest boska! *^v^*

Wiem, nie jestem obiektywna, bo jestem zakochana w tworczości Murakamiego, ale muszę obiektywnie przyznać, że jest to świetna pozycja, żeby ktoś nieznający tego autora zapoznał się z jego twórczością.

"Ślepa wierzba i śpiąca kobieta" to antologia opowiadań, jakie Murakami napisał w ciągu dwudziestu pięciu lat. Jeśli będzie to pierwsza książka tego autora, po którą sięgnie czytelnik, to rzeczywiście dostanie w pigułce próbkę stylu, postaci, tematów, wartości, miejsc, jakie pojawiają się w powieściach Murakamiego, i na tej podstawie może zdecydować, czy taka literatura mu odpowiada, czy jest może zbyt dziwaczna i niesamowita.

Opowiadania, które najbardziej mi się spodobały to "Idealny dzień na kangury", "Perkozek", "Opowieść o ubogiej krewnej", "Tony Takitani", ale wszystkie są świetne, zaskakujące, dające do myślenia, poruszające, zabawane. Tak, jak reszta książek Murakamiego. *^v^*

piątek, 24 października 2008

O mnie jako czytelniku

Zostałam zaproszona przez Justynę do wypełnienia formularza czytelnika, a ponieważ lubię takie zabawy, z ochotą się przyłączam! *^v^*

1. O jakiej porze dnia czytasz najchętniej?
W trakcie dnia w autobusach i metrze i wieczorem, tuż przed snem w łóżku.

2. Gdzie czytasz?
Wszędzie. W środkach komunikacji, na przystankach,w poczekalniach wszelakich, w domu - w łóżku, do posiłków, w toalecie (no, tak... ^^).

3. Jeśli czytasz (na leżąco) w łóżku, to czytasz najchętniej na plecach czy na brzuchu?
Na plecach zapadnięta w poduchy albo na boku (wiem, to bardzo psuje wzrok...).

4. Jaki rodzaj książek czytasz najchętniej?
Lubię takie "o życiu, i w ogóle...", a najchętniej o życiu w innych krajach i/lub niedalekich przeszłych epokach. Lubię też dobrą fantastykę naukową.

5. Jaką książkę ostatnio kupiłaś/-eś?
Gilbert Chesterton "Człowiek, który był czwartkiem"
Neil Gaiman "Nigdziebądź"

6. Co czytałaś/-eś ostatnio?
Nieco utknęłam w "Złym" Tyrmanda (chociaż to fascynująca książka!)

7. Co czytasz aktualnie?
Haruki Murakami "Ślepa wierzba i śpiąca kobieta"

8. Używasz zakładek czy zaginasz ośle rogi? Jeśli używasz zakładek, to jakie one są?
Nie zaginam rogów. Mam zbiór papierowych zakładek (które dostawałam z książkami z wydawnict), kiedy nie mam ich pod ręką, zaznaczam stronę kawałkiem papierka, chusteczką, czymkolwiek.

9. Co sądzisz o książkach do słuchania?
Bardzo lubię słuchać fragmentów książek czytanych w programie II Polskiego Radia, jednak książki w całości wolę czytać sama, w swoim tempie, swoim "głosem".

10. Co sądzisz o ebookach?
Nie lubię czytać z ekranu, dla mnie książka to zadrukowane kartki papieru w okładkach, które można wszędzie zabrać ze sobą. Jeśli mam jakieś ebooki, to zawsze je drukuję do czytania.


Do dalszej zabawy zapraszam :

Kalinę (http://kaliningrad.blox.pl/html )
oraz
Herbatkę (http://herbimania.blogspot.com/)


Przy okazji, Dorotie, z przyjemnościa wymienię się z Tobą linkiem, już Cię umieściłam na mojej liście. *^v^*

czwartek, 9 października 2008

Zegar słoneczny

Kiedy atrakcyjna, niekonwencjonalna Róża Berczy umiera - jak twierdzą lekarze - na udar słoneczny, Leonie Kuyper, jej przyjaciółka, dziedziczy po Róży wszystko - w zamian za opiekę nad jej trzema kotami.

Taki jest początek powieści Maarten 't Hart "Zegar słoneczny".

Od samego początku polubiłam główną bohaterkę. Najpierw może dlatego, że książka zaczyna się zdaniem: "Róża zmarła, a ja nie wiedziałam, w co się ubrać na pogrzeb.", a ja też miałam pogrzeb tego lata i zupełnie nie wiedziałam, co mam założyć, po prostu generalnie nie mam zbyt wiele "pogrzebowych" ubrań w szafie, ot, takie pokrewieństwo garderobiane.

W miarę czytania Leonie okazuje się osobą, którą sama chciałabym mieć za przyjaciółkę - nie dość, że nie rzuca się zachłannie na pozostawiony jej wielki spadek, to oczywiście z troską zajmuje się kotami Roży i angażuje się w rozwikłanie zagadki śmierci przyjaciółki, bo w udar słoneczny nie wierzy od samego początku (zresztą słusznie).

Wątki detektywistyczne poprowadzone są zgrabnie a czytelnik wraz z główną bohaterką są po kolei naprowadzani na różne tropy i nie ma sytuacji, w której czytający od połowy książki wie, kto zabił, a bohaterowie powoli zmagają się z zagadką. Ciekawie jest też przedstawiony portret psychologiczny Leonie, która dla potrzeb śledztwa niekiedy przy pomocy ubrań, akcesoriów, makijażu przeobraża się w swoją zmarła przyjaciółkę (były bardzo podobne), i obserwujemy, jakie zmiany zachodzą wtedy w tej kobiecie, co jej się podobało w Róży a czego nie lubi w sobie, i jak daje sobie z tym radę.

Interesująca lektura na jesienne popołudnie przy herbacie i konfiturach (tym bardziej, że pogoda w Holandii nawet latem wydaje się być podobna naszej obecnej aurze ^^). Cieszy mnie, że moje pierwsze spotkanie z holenderskim pisarzem było takie przyjemne.

środa, 8 października 2008

Londyn - Nigdziebądź

Całkiem przypadkowo, bo nie miałam w planach, zabrałam się za odwiedzenie kolejnego miasta, a był to Londyn.

Jednak nie Londyn taki, jaki znamy, Nad, ale Londyn Pod, zrodzony w wyobraźni Neila Gaimana w książce "Nigdziebądź".

Powieść ta jest nieco schematyczna - główny bohater ma trochę nijakie życie, i nagle pewnego dnia spotyka go coś fantastycznego (od fantastyki, ale niekoniecznie od czegoś super, wspaniałego), i jego losy kierują się na zupełnie nowe, nieznane, niesamowite tory. Poznaje całą galerię niesamowitych postaci i wikła się w ratowanie pewnej młodej osóbki, oraz własnej skóry, bo ta bywa chwilami w niezłych tarapatach.

Richard w końcu powraca do znanego mu, rzeczywistego świata, ale potem... Niestety końcówka jest bardzo łatwa do przewidzenia. Czuć, że jest to pierwsza książka tego autora (wcześniej napisał "Dobry Omen" z Terrym Pratchettem), jest jeszcze "niedotarty" literacko, przynajmniej w tej formie wyrazu, jednak powieść czyta się gładko i zaciekawia na tyle, że po skończeniu każdego rozdziału ma się ochotę na przeczytanie "tylko jeszcze tego następnego, a potem odkładam książkę i wreszcie idę spać." *^v^*
"Amerykańscy bogowie" bardziej mi się podobali, jednak "Nigdziebądź" jest lekturą przyjemną i na pewno wartą przeczytania, jeśli chce się poznać spektrum twórczości Neila Gaimana.

piątek, 26 września 2008

Hipopotam

Cóż za rozczarowanie!...

Mowa o książce Stephen'a Fry'a "Hipopotam". Kiedy znalazłam ją na bibliotecznej półce, bardzo się ucieszyłam, bo Fry to jeden z moich ulubionych brytyjskich aktorów, może znacie go np.: z roli w "Absolute Power". Jednak kiedy zaczęłam czytać tę powieść, przekonałam się, że czasami lepiej nie poznawać biografii, poglądów politycznych albo właśnie innej twórczości ulubionych aktorów...

Bohaterem "Hipopotama" jest dziennikarz prasowy, właśnie zwolniony z pracy. Jest chamem, gburem i cynikiem - trudno mi go inaczej scharakteryzować, a niestety autor uczynił go jednocześnie bohaterem jak i narratorem, więc narracja, mimo, iż zgrabna, prowadzona jest językiem chwilami rynsztokowym.

Nie to, żebym była taki delikates, ale nie widzę żadnego sensu w tworzeniu takiej postaci, o takim charakterze i języku. To znaczy, prawdopodobnie tacy ludzie istnieją i otaczają mnie w życiu codziennym, ale ja raczej staram się nie wchodzić z nimi w żadne interakcje, tak, jak nie zamierzałam kontynuować mojego obcowania z książka Fry'a dłużej niż dwadzieścia kilka stron, bo tak nagły zalew cynizmu i męskiego szowinizmu mnie zakrztusił i zniesmaczył.

wtorek, 23 września 2008

Krzesło Hemingwaya

Czytając "Krzesło Hemingwaya" Michael'a Palin'a czułam się, jakbym oglądała serial na BBC Prime o słodkiej sielankowej brytyjskiej prowincji. *^v^* Każda z postaci jest wspaniale przedstawiona, zarówno z wyglądu, jak i z zachowania a mamy tu cała galerię typowych mieszkańców małych angielskich miasteczek - burmistrz, miejscowy biznesmen, pastor, lokalni lord i lady (chociaż w ksiażce pokazuje się tylko ona), dyżurny emeryt, miejscowy przedsiębiorca spożywczy.

Głównym bohaterem jest Martin Sproale, pracownik poczty, zagorzały wielbiciel Hemingway'a. Powiem szczerze, że od początku wydał mi się nudziarzem i nieudacznikiem... Mimo 30 lat nadal mieszka z matką, jest w 200 procentach oddany swojej pracy w okienku na poczcie, a jego życie składa się z rutynowo powtarzanych czynności i zdarzeń.

Kiedy jego przełożony przechodzi na emeryturę, a on nie dostaje wyczekiwanego awansu na kierownika poczty, życie Martina nabiera nowego kierunku i pędu - z górki na pazurki. Początkowo daje się omamić nowemu błyskotliwemu szefowi, na rzecz którego traci swoją potencjalna narzeczoną i nawet daje się namówić na nieczystą grę w stosunku do swojego miejsca pracy. Potem obserwuje, jak rzeczywistość dookoła niego zmienia się nieubłagalnie, a on, mimo szczerych wysiłków, nie jest w stanie nic na to poradzić. Jego świat rozpada się na jego oczach, a on sam stacza się coraz niżej...

Nie zdradzę zakończenia, chociaż według mnie w pewnym momencie książki staje się przewidywalne. Od początku nie polubiłam głównego bohatera, może dlatego, że nie lubię Hemingway'a, a to idol Martina i z każdym rozdziałem coraz bardziej się do niego upodabniał. Jednak powieść napisana jest świetnie, chwilami nie mogłam się od niej oderwać i czytałam "jeszcze tylko jeden rozdział" o 2 w nocy, więc z czystym sumieniem polecam! *^v^*

poniedziałek, 22 września 2008

Bogowie

Kompletnie zapomniałam zrecenzować drugą książkę, którą przeczytałam na urlopie, mianowicie powieść "Amerykańscy bogowie" Neil'a Gaiman'a. *^v^*

Kupiliśmy ją na lotnisku, już po odprawie bagaży, i tę niezłą ciegiełkę (608 stron) trzeba było tachać w plecaczku podręcznym. Mimo objętości, najpierw Robert połknął ją w kilka dni, a potem ja się do niej dorwałam, po skończeniu "cegły" Pamuka. ^^

Nie będę pisać o fabule, bo nie chcę psuć Wam przyjemności jej odkrywania, zdradzę tylko, że akcja znowu dzieje się zimą (tak, jak "Śniegu" Pamuka, ciekawie czyta się o mrozie i śniegu leżąc na rozgrzanym piachu nad brzegiem morza, w pełnym słońcu! ^^).

Jest to powieść drogi w najlepszym wydaniu, uwielbiam tak podróżować z bohaterami, szczególnie po Ameryce, zatrzymywać się w motelach, jadać w przydrożnych knajpkach, wsiąść w autobus Greyhound'a, na kolejnych stronach poznawać w drodze nowych ludzi.

Bardzo podoba mi się też spojrzenie autora na relacje między człowiekiem a bogiem, jest bardzo bliska moim przekonaniom na ten temat.
To porządny kawałek literatury, a na 41 stronie jest smakowity przepis na chilli! *^v^*

sobota, 20 września 2008

Cukiereczki

"Chiny, przełom lat 80-tych i 90-tych. Przygnębiona samobójstwem koleżanki siedemnastoletnia Hong rzuca szkołę. Bez wykształcenia nie ma szans na porządną pracę, udaje się więc do miasta Shenzhen, słynącego z dzielnicy rozrywki. (...)
Mian Mian nie ucieka przed drażliwymi tematami. W przejmujący, bezkompromisowy sposób opisuje brud i okrucieństwo podziemnego świata rozkoszy: alkoholizm, narkomanię, strach przed AIDS. (...)"

"Ale to już było..." chciałoby się zaśpiewać, bo czytałam już taką książkę. Właśnie na przełomie lat 80-tych i 90-tych ją czytałam, (polskie wydanie jest z 1987 r.) a była to "My, dzieci z Dworca Zoo", historia młodziutkiej niemieckiej narkomanki Christiane F. w Berlinie Zachodnim pod koniec lat 70-tych.
Być może wszystkie takie historie są do siebie podobne?

Czytałam wytrwale, bo mam szczególny sentyment do kultury dalekiej Azji a każdy akapit widziałam oczyma duszy niczym przekolorowane kadry z filmu Wong Kar Wai'a.

Źródło: Wikipedia

To smutna historia, historia psychicznego rozpadu człowieka, ale nie z powodu alkoholu czy narkotyków - to tylko środki, a z powodu ogromnej nadwrażliwości na otaczający go świat. Nie ma w niej weselszych fragmentów i pod koniec nie czułam żadnej nadziei na zmianę losów głównej bohaterki na lepsze.

środa, 17 września 2008

Biblio

Proszę, jak owocna i zaskakująca może być wyprawa do biblioteki!

Poszłam po "Nigdziebądź" Gaimana, ale nie było. Za to na tej samej półce znalazłam "Hipopotama" Stephen'a Fry, jednego z moich ulubionych brytyjskich aktorów, oraz półkę niżej "Krzesło Hemingwaya" Michael'a Palin'a (z grupy Monty Python'a, uwielbiam też jego cykle podróżnicze)!
Jako trzecią książkę wzięłam "Zegar słoneczny" Maarten 't Hart, bo nigdy nie czytałam żadnej książki holenderskiej autora.

Śnieg we wrześniu

Oczywiście nie za oknem, tylko na kartach książki Orhana Pamuka "Śnieg".

Ciekawe, że na wakacje do słonecznej i upalnej Bułgarii zabrałam dwie książki, których akcja dzieje się zimą! *^v^* Pierwszą z nim jest właśnie "Śnieg" Pamuka, której akcja rozgrywa się głównie podczas trzech dni w miasteczku Kars na dalekim północnym wschodzie Turcji (wraz z kilkoma dodatkowymi wydarzeniami z lat późniejszych we Frankfurcie).

Głównym bohaterem jest poeta tureckiego pochodzenia Ka mieszkający na stałe w Niemczech, który odwiedza swoje rodzinne strony w poszukiwaniu utraconej miłości, a wplątuje się w niewiarygodną (z mojego punktu widzenia - Europejki mieszkającej w demokratycznym umiarkowanie religijnym kraju) historię.

Źródło: Wikipedia

Nie będę zdradzać szczegółów, bo jest to jedna z tych książek, o których lepiej nie wiedzieć zbyt wiele, bo wtedy przyjemność czytania kolejnych rozdziałów jest o niebo większa, a naprawdę trudno się od niej oderwać. To powieść przesycona fanatyczną religijnością i fanatyczną polityką, pokazująca, jak łatwo można wynieść człowieka na piedestał i jak łatwo go z niego zrzucić, a wszystko to w imię któregoś boga, waśni narodowościowych albo demokracji...

Przy okazji, jest to powieść w szczegółowy sposób pokazująca życie mieszkańców Karsu, sposób spędzania wolnego czasu, preferencje kulinarne, a takie szczegóły bardzo cenię w czytanych przez mnie lekturach. Pamuk, który samego siebie czyni przyjacielem poety Ka i narratorem, pisze lekko i interesująco, i na pewno sięgnę po jego inne książki.

sobota, 13 września 2008

Jestem!

Wróciłam z wakacji, relacje od dzisiaj w odcinkach na moim blogu FriendSheep, a recenzje nowych lektur tutaj niebawem. *^v^*

piątek, 29 sierpnia 2008

WAKACJE



Zabieram ze sobą książki, oczywiście! *^v^*

czwartek, 28 sierpnia 2008

Bombaj - Ostatnie westchnienie Maura

"Ostatnie weschtnienie Maura" Salmana Rushdiego - och, cóż to jest za książka!...

W niczym nie przypomina Indii widzianych oczami wielkich powieściopisarzy hinduskich, jakich czytałam do tej pory (np.: Vikrama Seth'a, Vikrama Chandrę), nie daje tych znanych mi, trudnych do opisania odczuć i wrażeń, co na poczatku bardzo mnie raziło, ale z czasem nauczyłam się smakować ten sposób przyrządzenia i podania mojej ulubionej hinduskiej potrawy. *^v^*

Bardziej kojarzy się z powieścią awanturniczą, która mogłaby się dziać w którymś z państw europejskich - akcja jest rozciągnięta na kilka pokoleń pewnej hinduskiej rodziny, która zbiła majątek na handlu przyprawami (ale nie tylko, i nie zawsze legalnie...), postacie są malownicze i nietuzinkowe a wydarzenia niecodzienne, barwne, chwilami wręcz bajkowe i trochę niewiarygodne, ale wszystko to rozgrywa się na tle wydarzeń historycznych z XX wieku (II Wojna Światowa, kwestia niepodłegłości Indii).

Źródło: Bombay Harbor

Akcja jest dobrze przyprawiona smakowitymi opisami a bohaterowie posługują się soczystym, ostrym językiem. Żadna z postaci nie jest mdła, każdy ma swoje wzloty i upadki, sukcesy i grzeszki, namiętności wybuchają i płóną dosc często na kartach tej powieści (seksualne, światopoglądowe, religijne). Tej książki nie da się przeczytać obojętnie, a przeczytawszy - tak po prostu zapomnieć i przejść do kolejnej lektury. *^v^*

Bombaj jest obecny od mniej więcej 1/3 książki, i bez niego to nie byłoby to samo. Jest miejscem akcji, ale też żywym bohaterem powieści. Na przykład Aurora, która jest malarką, takie obrazki szkicuje węglem podczas trwających w Bombaju strajków skierowanych przeciwko rządom Brytyjczyków:
(...) kłótnie nagich dzieciaków trzaskających się po twarzach pod hydrantem u wejścia do czynszówki; czarną rozpacz robotników, bezczynnie palacych skręty na stopniach zamkniętych aptek; milczenie fabryk; wrażenie, że krew, którą nabiegły oczy mężczyzn, tryśnie i zaraz zatopi ulice; twardość kobiet - przykucniętych u prymusa, ze skrajem sari zarzuconym na głowę, obok dźopadpatti, szałasów budowanych wprost na bruku - usiłujących wyczarować posiłek wprost z powietrza; panikę w oczach zbrojnych w pałki policjantów, lękających się, że pewnego dnia, gdy nastanie wolność, zostaną uznani za prześladowców; hardośc i napięcie strajkujących marynarzy u bram portu i przy nabrzezu Apollo, widoczną na ich twarzach dumę psotnych dzieciaków, kiedy z ustami pełnymi prażonego grochu patrzą na unieruchomione, stojące na kotwicy statki i powiewające na nich czerwone flagi na cześć rewolucji; unicestwioną arogancje brytyjskich urzędników, od których władza oddaliła się jak odpływ, ich samych zostawiając na brzegu w strzępach imperialnych szat, z nawykiem paradowania krokiem zwycięzcy, (...)
Gorąco polecam!

***

A teraz znikam na dwa tygodnie, bo jadę na wakacje! Bądźcie grzeczni i dużo czytajcie! *^v^*

poniedziałek, 18 sierpnia 2008

Nowy Jork - Wielki Gatsby

Jechaliśmy przez wielki most, słońce między przęsła rzucało migotliwe smugi światła na pędzące samochody, a za rzeką rosło miasto w białych bryłach i kostkach cukru, miasto zbudowane z pragnień, za pieniądze, które nie cuchną. Nowy Jork widziany z mostu Queensboro jest zawsze miastem widzianym po raz pierwszy, z jego pierwszą, szalona zapowiedzią wszystkich cudów i pięknego świata.
Tak wyglądał Nowy Jork lat 1920-tych zza szyb luksusowego samochodu Jay'a Gatsby'ego, jednak naszemu głównemu bohaterowi książki "Wielki Gatsby" F. Scotta Fitzgeralda, Nickowi Carraway, nie dane jest tym samochodem podróżować codziennie, ponieważ niestety nie jest zbyt zamożny. Jednak udaje mu się wynająć domek na modnych przemieściach Nowego Jorku i w ten sposób staje się sąsiadem obrzydliwie bogatego Gatsby'ego i wtapia się w jego towarzystwo.

Nie chcę psuć Wam przyjemności samodzielnego odkrywania kto jest kim w tej książce, jednak przytoczę słowa, które są kwitesencją tego, co autor chciał pokazać w "Wielkim Gatsbym":
Nie mogłem przebaczyć mu ani czuć do niego sympatii, lecz wiedziałem, że uważa swoje postępowanie za całkiem usprawiedliwione. Ileż w tym wszystkim było lekceważenia, niedbalstwa i zamętu! Nie przejmowali się niczym, (...), niszczyli rzeczy i ludzi, a potem wracali do stanu absolutnej beztroski, do swoich pieniędzy, do tego wszystkiego, co trzymało ich razem, i piwo, którego nawarzyli, kazali pić innym...
To historia o głupich pustych bogatych kobietach, o zaprzepaszczonej szansie na wielką romantyczną miłość, o ludzkiej obłudzie i pasożytowaniu na powodzeniu innych, o niszczącej sile pieniądza.

Źródło: Wikipedia

Nie widziałam ekranizacji tej powieści, ale ksiażka jest bardzo plastyczna (chociaż nie ma w niej dużej ilości opisów miasta), i Nowy Jork czuć wyraźnie na każdej stronie, głównie poprzez opisy, zachowanie i odczucia bohaterów.
O szarej godzinie, w tym pełnym czarów mieście, odczuwałem niekiedy wzbierającą samotność i czułem ją w innych - biednych, młodych urzednikach, którzy snuli się przed wystawami aż do samotnej kolacji w knajpie - w tych młodych urzędnikach, marnujących o zmierzchu najcenniejsze chwile nocy i życia.
Źródło: Wikipedia

Na zakończenie, ostatnie zdanie z powieści:
Tak oto dążymy naprzód, kierując łodzie pod prąd, który nieustannie znosi nas w przeszłość.

środa, 13 sierpnia 2008

Lizbona - Zima w Lizbonie

Sprawdzałam już, jak wygląda "Zima w Sztokholmie", więc spontanicznie postanowiłam razem z Antoniem Munoz Moliną zobaczyć, jaka jest "Zima w Lizbonie". *^v^*

Na tę Lizbonę musiałam jednak trochę poczekać, aż do 100-tnej strony, wcześniej akcja dzieje się naprzemiennie (również w czasie) w San Sebastian i Madrycie. Ale kiedy już się pojawiła, od razu zaskoczyła czytelnika i głównego bohatera.
Wyobrażał sobie miasto zasnute mgłą, tak jak San Sebastian albo Paryż. Zaskoczyła go przejrzystość powietrza, czystość różu i ochry fasad domów, jednolitość czerwieni dachów, nieruchome złote światło na wzgórzach miasta, lśniących jakby po niedawnym deszczu. Z okna swojego pokoju w hotelu o mrocznych korytarzach, gdzie wszyscy mówili ściszonymi głosami, widział plac z domami o identycznych balkonach i pomnik jakiegoś króla na koniu, wyniośle wyciągającego rękę w kierunku południowym.

Źródło:Przewodnik
Nie pamiętał, ile czasu, ile godzin czy dni krążył jak lunatyk po ulicach i schodach Lizbony, po brudnych zaułkach i wysokich tarasach, po placach z kolumnadami i pomnikami królów na koniach, pomiedzy mrocznymi sklepami i portowymi śmietnikami, i dalej, po drugiej stronie nie kończącego się czerwonego mostu, przerzuconego nad rzeką szeroką jak morze, po przedmieściach bloków wznoszących się jak latarnie albo wyspy pośród pustych przestrzeni, po fantasmagorycznych stacjach w pobliżu miasta, których nazwy czytał, nie mogąc sobie przypomnieć tej, na której widział Lukrecję.

"Zima w Lizbonie" to książka o miłości - niespodziewanej, nieszczęśliwej, namiętnej, tragicznej, rozgrywającej się z muzyką jazzową w tle. Zresztą cała ta książka jest jak jedna długa jazzowa kompozycja, są fragmenty wprowadzenia do utworu, szybkie akordy kolejnych wydarzeń, momenty spowolnienia i wyciszenia, retrospekcje, pojawianie się nowych instrumentów i zamiana ich na te, które już wcześniej grały, szybkie wariacje, a po nich melancholijne improwizacje. To idealna lektura na jesienne szarugi lub zimowe mroźne popołudnia, trochę żałuję, że czytałam ją w słoneczny upalny sierpień.
Na początku słychać było jakby szum igły przesuwającej się po płycie, potem dźwięk ten przechodził w szelest miotełek dotykających metalowych talerzy perkusji i w pulsowanie, podobne do bicia serca. Dopiero później delikatnie wchodziła trąbka, Billy Swann grał, jakby obawiając się kogoś obudzić. Po chwili pojawiał się fortepian Biralba, wskazujący ostrożnie drogę i wydający się gubić ja w ciemnościach, który wracał później, aby zabrzmieć bogactwem wszystkich dźwięków tematu, jakby ktoś, kto wcześniej zabładził we mgle, nagle znalazł się na szczycie wzgórza, skąd rozpościerał się widok na skąpane w słońcu miasto.
To dokładnie mój ulubiony rodzaj jazzu. *^v^*

A sama Lizbona zimą?
Wrócił do miasta, aby się w nim zagubić, tak jak w tych nocach muzyki i bourbona, które zdawały się nie kończyć nigdy. Teraz jednak zima przyciemniła ulice, a mewy krążyły ponad dachami i posągami na koniach, jakby szukając schronienia przed mostkimi burzami. Każdego wczesnego wieczora następowała taka chwila, w której miasto wydawało się całkowicie wzięte w posiadanie przez zimę. Znad rzeki unosiła się mgła, rozmywając horyzont i najwyższe budynki w dolinach, a czerwona konstrukcja mostu przerzuconego ponad szarymi wodami rozciagała się w nieskończoność. Wtedy zaczynały się zapalać światła, rzędy latarni w alejach, reklamy, które gasnąc i mrugając tworzyły nazwy i obrazy, krótkotrwałe neonowe linie, zabarwiając na różowo, czerwono i niebiesko niskie niebo Lizbony.

czwartek, 7 sierpnia 2008

Praga - Nieznośna lekkość bytu

"Nieznośna lekkość bytu" Milana Kundery nie ma w sobie nic z lekkości lektury.

Po pierwsze, jest to książka o miłości. Teresa kocha Tomasza, Tomasz kocha Teresę, ale jednocześnie ma wiele kochanek, w tym najlepiej poznajemy Sabinę, która z kolei obdarza uczuciem Franza, który też się w niej zakochuje i zostawia dla niej niekochaną żonę, jednak Sabina od niego odchodzi, a Franz zaczyna życie z młodziutką kochanką studentką. Tak w skrócie strywializowana treść książki jawi się niczym brazylijska telenowela, na szczęście u Kundery wszystkie te związki mają bogate postawy psychologiczne, wynikające z uwarunkowań terytorialnych, społecznych, psychicznych. Jak w prawdziwym życiu - nic nie jest proste a każdy człowiek ma drugie i trzecie dno.

Po drugie, jest to książka której akcja rozgrywa się w roku 1968, kiedy Rosjanie wkroczyli do Czech, i pokazuje, co wtedy działo się na ulicach Pragi przez pierwsze siedem dni okupacji, a następnie przez kolejne lata, zarówno w Czechach jak i za granicą. Spotykamy buńczuczne i zadziorne, ale w gruncie rzeczy strachliwe, bezsilne i bierne grono czeskich artystów na emigracji w Szwajcarii. Widzimy, jak społeczeństwo zachodnie reaguje na wydarzenia rozgrywające się prawie tuż pod ich nosem. Wreszcie żyjemy w okupowanych Czechach - państwie policyjnym, państwie donosicieli, w którym społeczeństwo zostało złamane i sprowadzone do poziomu bezwolnych zastraszonych marionetek, a specjaliści, tzw. inteligencja zostaje zdegradowana do ról pracowników fizycznych.
Jest to dla mnie obraz bardzo wstrząsający, bo kiedy w Polsce działy się takie rzeczy, to albo nie było mnie jeszcze na świecie, albo byłam zbyt mała, żeby to świadomie odczuć.

Nie ma tutaj zbyt wiele obrazów Pragi, bo nie miasto jest bohaterem tej książki, tylko ludzie, a ich związek z Pragą nie określa ich w żaden sposób.

Cytaty, które zapadły mi w pamięć.
Ale czy ciężar jest naprawdę straszny, a lekkość wspaniała? Najcięższe brzemię nas powala, przyciska do ziemi, upadamy pod nim. Ale w poezji miłośnej wszystkich wieków kobietra pragnie być obciążona brzemieniem męskiego ciała. Najcięższe brzemię jest jednocześnie obrazem najintensywniejszej pełni życia. Czym cięższe brzemię, tym nasze życie bliższe jest ziemi, tym jest realniejsze i prawdziwsze.
W przeciwieństwie do tego całkowity brak brzemienia sprawia, że człowiek staje się lżejszy od powietrza, wzlatuje w górę, oddala się od ziemi, od ziemskiego bytowania, staje się na wpół rzeczywisty, a jego ruchy są tyleż swobodne co pozbawione znaczenia.
Cóż więc mamy wybrać? Ciężar czy lekkość?
Nie ma żadnej możliwości, by sprawdzić, która decyzja jest lepsza, bo nie istnieje możliwośc porównania. Człowiek przeżywa wszystko po raz pierwszy i bez przygotowania. To tak, jakby aktor grał przedstawienie bez żadnej próby. Cóż może być warte życie jeśli pierwsza próba już jest zyciem ostatecznym? Dlatego życie zawsze przypomina szkic. A nawet szkic nie jest właściwym określeniem, bo szkic jest zawsze zarysem czegoś, przygotowaniem do obrazu, gdy tymczasem szkic, jakim jest nasze życie, jest szkicem bez obrazu, szkicem do czegoś, czego nie będzie.
Jest to książka piękna, smutna, madra, trudna, dająca dużo do myślenia, wielowymiarowa, prawdziwa. Czuję, że nie potrafię jej dobrze zrecenzować, po prostu trzeba ją przeczytać samemu.

piątek, 1 sierpnia 2008

Lublin - Sztukmistrz z Lublina

Cóż za odmiana po oszczędnej w słowach Szwedce!
O pisarstwie Isaaca Bashevisa Singera można powiedzieć wiele, ale na pewno nie to, że jest oszczędny w słowach, opisach, detalach. *^v^*

"Sztukmistrz z Lublina" to historia Żyda, Jaszy Mazura, który jest cyrkowcem - zarabia na życie pokazami hipnozy, robi salta i sztuczki karciane. Nie są to niestety duże pieniądze, ale wystarczające do utrzymywania żony Estery w Lublinie, młodziutkiej asystentki kochanki Magdy z Piasków, z którą mieszka podczas turnee w Warszawie, kochanki Zewtel, wdowy po zbiegłym złodzieju z Piasków i kochanki Emilii wraz z jej córką Haliną, wdowy po warszawskim profesorze, której obiecał małżeństwo i wyjazd do Włoch.

*^v^*

Naszego kochliwego bohatera poznajemy w momencie, kiedy zaczyna kwestionować swoje życie, swoje wybory, odejście od wiary, a jednocześnie miota się między kolejnymi kobietami, obiecując każdej złote góry i miłość po wsze czasy. Dodatkowo wokół niego zaczynają się gromadzić czarne chmury, które doprowadzają do tragedii, a samego Jaszę do przewartościowania swojego życia na dobre.

"Sztukmistrz z Lublina" to druga książka Singera, która przeczytałam, i podobnie jak "Spuścizna" jest dla mnie skarbnicą wiedzy o kulturze żydowskiej, ale także o Warszawie i świecie końca XIX wieku. Mało kto potrafi tak barwnie i ciekawie prowadzić opowieść i kłaść ją na tle bogatej, szczegółowej scenografii opisywanych czasów. Polecam!

Źródło: Wikipedia
Zapadł zmierzch. za miastem było jeszcze dość jasno, ale w wąskich uliczkach i między wysokomi budynkami panował już mrok. W sklepach zapalano lampy naftowe i świece. Ulicami szli brodaci Żydzi w długich kapotach i butach z szerokimi cholewami, w drodze na wieczorne modły. Księżyc był na nowiu, księżyc miesiąca Siwan. Na ulicach stały wciąż kałuże, ślady wiosennego deszczu, choć cały dzień słońce mocno grzało. Tu i ówdzie ze ścieków wypływała cuchnąca woda; powietrzem niósł się zapach końskiego gnoju i krowiego łajna oraz świeżo udojonego mleka. Z kominów unosił się dym; gospodynie przygotowywały posiłek wieczorny: zupa z kaszą, duszone mięso z kaszą, grzyby z kaszą. (...) Na świecie, wszędzie poza Lublinem, wrzało. Co dzień polskie gazety zamieszczały wiadomości o wojnie, rewolucji lub kryzysie. Wszędzie wypędzano Żydów ze wsi. Wielu emigrowało do Ameryki. Ale tu, w Lublinie, odczuwało się tylko stabilnośc z dawna istniejącej społeczności. Niektóre synagogi zbudowano jeszcze za czasów Chmielnickiego. Na cmentarzu leżeli rabini, jak również autorzy komentarzy, prawnicy i święci, a każdy miał własny nagriobek lub kapliczkę. Panowały tu dawne obyczaje: kobiety zajmowały się interesami, mężczyźni studiowali Torę.
Lublina jest w tej książce niestety mało, za to sporo jest Warszawy końca XIX wieku.
Przejechawszy most Praski wóz znalazł się w natłoku domów, pałaców, omnibusów, powozów, dorożek, sklepów, kawiarni. Powietrze pachniało świeżo upieczonym chlebem, kawą, gnojem końskim, dymem kolei i fabryk. Przed zamkiem, zajętym przez rosyjskiego generała-gubernatora, grała orkiestra wojskowa. Widocznie obchodzono jakieś swięto, gdyż z każdego balkonu powiewała rosyjska flaga. Kobiety nosiły już słomkowe kapelusze o szerokich rondach, przybrane sztucznymi owocami i kwiatami. Beztroscy młodzi ludzie w słomkowych kapeluszach i jasnych ubraniach spacerowali kręcąc laskami. W tym gwarze gwizdały i syczały lokomotywy, szczękały złacza wagonów. Odchodziły stąd pociągi do Petersburga, Moskwy, Wiednia, Berlina, Władywostoku. Gdy skończył się okres otrzeźwienia, który nastąpił po upadku powstania 1863 roku, Polska weszła w wiek uprzemysłowienia. (...) W Warszawie zerwano drewniane chodniki, zainstalowano kanalizację w domach, ułożono szyny dla tramwajów konnych, budowano wysokie domy oraz place i hale targowe. W teatrach rozpoczął się nowy sezon dramatyczny, komediowy, operowy i koncertowy. Wybitni aktorzy i aktorki przybywali z Paryża, Petersburga, Rzymu, a nawet z dalekiej Ameryki. Księgarnie oferowały świeżo wydane powieści, jak również książki naukowe, encyklopedie, leksykony i słowniki.
Na ulicy Królewskiej powietrze było czyste. Z drzew w Ogrodzie saskim opadały ostatnie kwiaty. Przez sztachety widać było rabaty, cieplarnie pełne egzotycznych roślin oraz kawiarnię, w której młode pary jadły drugie śniadanie pod gołym niebem. Zaczął się właśnie sezon loterii i went dobroczynnych. Niańki i bony popychały wózki z dziećmi. Chłopcy w marynarskich ubrankach toczyli koła poganiając je pałeczkami. Malutkie dziewczynki, ubrane jak eleganckie panie, grzebały w piasku wykopując kamyki kolorowymi łopatkami. Inne tańczyły wkoło.W parku znajdował się też teatr letni, ale Jasza nie występował w nim nigdy. Jako Żyd miał tam wstęp wzbroniony.
Ulica Freta była ciemna i wąska. Ale Franciszkańską oświetlały latarnie gazowe i lampy w sklepach, wciąż jeszcze otwartych wbrew przepisom. Tu kupcy handlowali skórą i wyrobami tekstylnymi, modlitewnikami i piórami. Handlowano nawet w mieszkaniach na piętrze, a przez okna widac było, że mieszczą się tu też rozmaite fabryki i warsztaty. Zwijano nici, klejono pappierowe torby, szyto bieliznę i parasole, robiono trykotaże. Z podwórzy dolatywał odgłos piłowania i kucia oraz stukot maszyn. (...) Piekarnie pracowały pełną parą a kominy wyrzucały dym i popiół.Z szerokich, pełnych pomyj rynsztoków unsił się znajomy fetor, który przywodził na pamięć Pisaki czy Lublin. Młodzi ludzie w długich chałatach, o potarganych pejsach, szli z ksiągami talmudycznymi pod pachą.W okolicy znajdowała się jesziwa oraz kilka szkół chasydzkich.
Ulica Gnojna była zalana słońcem, pełna załafowanych fur i koni, zamiejskich kupców i faktorów, handlarzy i handlarek, głośno zachwalających rozmaite towary. "Wędzone śledzie!" - wołali - "Świeże bajgełe!" - "Gotowane jajka na gorąco!", "Groszek z fasolka cukrową!", "Placki ziemnniaczane!". Z bram wyjeżdżały wozy wiozące drewno, mąkę, skrzynki, beczki, towary przykryte płachatmi, matami i workami. Sklepy sprzedawały olej, ocet, szare mydło, smar do osi.

Źródło: Lublin. Pamięć miejsca

Nie polecam również czytania tej książki na pusty żołądek, bohaterowie co i raz coś jedzą, a jedno bardziej smakowite od drugiego:
Było południe i karczma Bejły świeciła pustką. (...) Na podłodze rozrzucono świeże trociny, a na szynkwasie postawiono pieczoną gęś, nóżki cielęce w galarecie, siekane śledzie, placki jajeczne i precle.
Natychmiast zabrała się do przygotowywania świątecznego posiłku. (...)Podała rybę, kluski na mleku, pierogi z serem i cynamonem, na deser kompot ze śliwek i babkę piaskową oraz kawę.
Zawsze coś jej z Lublina przywoził, różne smakołyki, wątróbkę, chałwę lub ciastka z cukierni. (...) Elżbieta ugotowała pierogi z wiśniami i serem, posypane cukrem i cynamonem. Na stole stała butelka wiśniówki, jak również słodki likier przywieziony przez [Jaszę] z Warszawy w czasie poprzedniej wizyty.(...) Po kawie i pączkach Elżbieta zaczęła wspominać; (...)

środa, 30 lipca 2008

Sztokholm - Zima w Sztokholmie

Oj, powiało mi tą zimą w środku lata, powiało. Ale nie tylko ze względu na miejsce akcji książki "Zima w Sztokholmie" Agnety Pleijel.

To książka smutna, zimna, i byłaby taka nawet, gdyby jej akcja toczyła się w tropikach. Dzieje się tak z dwóch powodów.

Po pierwsze, autorka pisze w charakterystyczny typowo skandynawski sposób - zdawkowy, oszczędny, krótkie urywane zdania. Cała narracja jest prowadzona tak, jakby czytelnik przerzucał kolejne slajdy z rzutnika, zatrzymując się przy każdym na chwilę, i już przeskakując do następnego. Nie ma opisów, nie widzimy szczegółów. Miasto też pokazane jest w kilku słowach, w migawkach.
W taki sposób spotykamy się z tym miastem po raz pierwszy:
Sztokholm w listopadzie:
miasto arktyczne, pod żaglem, szarobure niebo, domy odwrócone do góry nogami, powoli zanurzające się w wodzie. Krótka, gorączkowa purpura w szczelinie między ciemnością ziemi i nieba. Blade światła neonu za oknami autobusu, patetyczne wykrzykniki. W listopadzie Sztokholm jest nie do opisania, żałobna wędrówka ku zimie.
Autorka niezbyt wylewnie zapoznaje nas ze Sztokholmem - czasami wtrąca zdanie lub dwa.
Pod skrzydłem samolotu zobaczyłam swoje rodzinne miasto, jak żyrandol mieniace się w ciemności. Opasane sznurem pereł, skrzącą się urodą autostrad.

Źródło: Wikipedia
Woda w Strommen czarna jak atrament. Obok gmachu opery natarczywe kaczki pływały tam i z powrotem wśród ogłuszającego kwakania. Było zimno.
Czekali na windę po spacerze wzdłuż Skeppsbron, gdzie zgiełkliwy ruch ulicy uniemożliwiał rozmowę. Jaskrawe cytrynowożółte smugi światła wciąż widoczne były nad Lidingo. patrzyli jak gasną. Z mostu widzieli mieniacą się wodę miasta.
Zima Ringvagen staje się wietrzną trasa przelotową, przez nikogo nie lubianą.
Źródło: Stephen Carson
Cienkie pasemka śniegu, białe i przezroczyste, niespokojnie przecinały ulicę, wzbijając się w górę. W oddali, za bezlistnymi drzewami parku, widac było szare budynki Hornsgatan, jeszcze dalej prostą wieżę kościoła Hogalid, w a kierunku północno-zachodnim, na tle nieba - sylwetkę ratusza.
Zatoka Arstaviken pokryła wodę cienką warstwa lodu, mieniaca się błękitem. Nadbrzeżna trzcina zastygła w lodzie. Środkiem zatoki przebiegał tor wodny.
Ale jest też drugi powód, dla którego ta książka mrozi i wyziębia - opowiada ona o relacjach damsko męskich, o stosunkach między rodzicami i dziećmi, o toksycznych rodzicach, o toksycznych związkach, o potrzebie posiadania dzieci z ukochanym mężczyzną, który ich nie chce, a jednocześnie robi dziecko swojej kochance, o niedorastaniu do oczekiwań neurotycznej matki, o zakłamanych pozornie szczęśliwych rodzinach, o życiu w ciągłym poczuciu winy w stosunku do każdego, a najbardziej do samej siebie.
Nie ma w tej książce ani jednego normalnego szczęśliwego związku...
Na plaży poniżej widzieli inna parę. Mężczyzna leżał na plecach; podpierając sie na łokciach, skierował wzrok w dal. Kobieta przykucnęła obok niego. Przy stopach zebrała niewielki stos kamieni. Spojrzawsze na mężczyznę, wrzuciła kamień do wody. Wzrok mężczyzny powędrował w kierunku amerykańskiego kontynentu. Kobieta, zerkając w jego stronę, ponownie wrzuciła kamień do wody. Żadnej reakcji w sztywnym karku mężczyzny. kobieta siedziała przez chwile bez ruchu, ze spuszczonymi ramionami, po czym wybrała nowy kamień, większy tym razem i spojrzawszy na mężczyznę spod grzywki, wrzuciła kamień do morza. Chlupnął i bryzgnął wodą. Mężczyzna w prowokacyjny niemal sposób nie zwracał na nią uwagi. Co się działo? Prowadzili swojego rodzaju rozmowę. Tak rozmawiają mężczyźni i kobiety, pomyślała, obserwując ich.

Wymroziła mnie i wymęczyła ta książka. Prawdopodobnie taki jest jej cel i została bardzo dobrze skonstruowana. Trudno mi się z niej otrząsnąć.

niedziela, 27 lipca 2008

Pekin II - Kamienna wioska

Wszystko zaczęło się od paczki z suszonym węgorzem.
Książka, która tak się zaczyna, nie może być nieciekawa. *^v^*

I oczywiście nie była. "Kamienna wioska" Xiaolu Guo to pierwsza powieść tej trzydziestopięcioletniej autorki opublikowana poza Chinami, i mam nadzieję, że inne jej powieści też zostana kiedyś u nas przetłumaczone.

Przede wszystkim, powieść ta to niezły kontrast do poprzednio przeze mnie czytanego debiutu siedemnastoletniej Chun Sue - tutaj czuć warsztat i wirtuozerię słowa wykształconej i doświadczonej pisarki.

Muszę przyznać, że tę książkę tylko połowicznie można zaliczyć do Miejskiego Czytania, bo w połowie opisuje życie dwudziestoośmioletniej głównej bohaterki w Pekinie, a w drugiej jej wspomnienia z dzieciństwa w tytułowej Kamiennej Wiosce na chińskim wybrzeżu 1800 km od Pekinu. Ale z drugiej strony, w porównaniu do "Chińskiej lalki", o ileż bardziej czuje się tutaj i widzi ten Pekin!
Mieszkamy z Redem w spieczonym słońcem miejskim molochu, który nazywa się Pekin.
(...)żyjemy jak para krabów pustelników zamknięci w ogromnym wieżowcu. Budynek liczy dwadziecia pięć pięter, my zajmujemy mieszkanie na parterze. (...) Nigdy nie trzymaliśmy w domu kota, nie wspominając juz o psie, za to hodowaliśmy kiedyś kilka roślin doniczkowych, podobno kwitnących. Nie dowiedzieliśmy się jednak, czy rzeczywiscie zakwitają, ponieważ dwudziestopięciopiętrowy wysokościowiec z naprzeciwka, identyczny jak nasz, zasłania nam słońce i w zasadzie nie dociero ono do okien naszego parterowego mieszkania. (...)
Oczywiście są jeszcze inni lokatorzy tego wysokościowca, (...) Odnoszę wrażenie, że czysta witalność, nagromadzona energia ich pwrzedniego bytu, kładzie się nad nami warstwa za warstwą i wypełnia wszystkie dwadzieścia pięć pięter.
Źródło: Wikipedia

Pekin tętni życiem, codziennie od rana nieodmiennie. Coraz wyżej pną się nowe wysokościowce, wkraczają już w przestrzeń nisko latających samolotów, a Red i ja pozostajemy skuleni na parterze.
Nasza bohaterka Koral pracuje w wypożyczalni kaset video i w ten sposób utrzymuje siebie i swojego chłopaka próżniaka Reda, który twierdzi, że "pracują tylko idioci" i z zapałem gra we frisbee. Nie ma między nimi głębszych więzów uczuciowych.
Latem Pekin jest gorący jak spieczony pomidor. (...) Do tego dochodzą dźwięki naszego miasta, o róźnym natężeniu: wyzwiska, którymi obrzucają się taksówkarze, okrzyki w rodzaju: "Wszystko tylko po dziesięć juanów" albo "Wiadomości wieczorne", i niekończący się koncert rowerowych dzwonków.
Pewnego dnia Koral dostaje paczkę, w której znajduje się wspomniany na początku wędzony węgorz, i zaczyna wspominać swoje dzieciństwo w rybackiej wiosce Shi Tang, i niestety w większości nie są to miłe wspomnienia.

Oprócz Pekinu poznajemy też dość dokładnie nie mniej ciekawe obyczaje panujące w rodzinnej wiosce rybackiej Koral. Na przykład pierwszy pechowy posiłek dwunastoletniej wtedy babki Koral w domu swego męża, a pochodziła ona z głebi lądu i nie znała rybackich przesądów:
Pierwszego dnia, w obecności swoich teściów i dziesięć lat starszego od niej męża, moja babka wpatrywała się chwilę w kręgosłup ryby, zjedzonej z jednej strony, aż wreszcie doszła do wniosku, że nalezy odwrócić rybę na drugi bok. Gdy tylko tak zrobiła, jej teść, który przez całe życie był kapitanem łodzi, ogromnie się zdenerwował, podobnie zreszta jak jego małżonka. (...) Rybacy w wiosce utrzymywali bowiem, że nie wolno odwracać ryby na talerzu, bo morze przewróci łódź do góry dnem. Jeżeli ktoś chciał zjeść spodnią część ryby, powinien wydłubać mięso pałeczkami.

Takich faux pas było zresztą więcej.

Jakkolwiek tragiczne były losy młodziutkiej Koral w rybackiej wiosce, nagle poruszone przez węgorza wspomnienia pozwalają "odczarować" przeszłość, zamknąć pewne rozdziały i ruszyć z miejsca, w którym nasi bohaterowie wydawali się tkwić bez przyszłości. Tak więc, ostateczny wydźwięk tej historii jest pozytywny. *^v^*

Źródło: Wikipedia
Dźwięk zegara dworcowego, który wybił północ, niósł się echem ulicą Changan, główna arterią miasta. To Pekin, nasze miasto. Plac Niebiańskiego Spokoju rozciąga się na wschód, Pachnące Wzgórza na zachód. Udało nam się złapać ostatni autobus, który zawiezie nas do naszego domu na przedmieściach na zachód od centrum. Z okna autobusu, pędzącego przez pociemniałe miasto, latarnie uliczne wyglądają jak niekończący się łańcuch małych fajerwerków.

sobota, 26 lipca 2008

Pekin I - Chińska lalka

Wiem, że jest wielu ludzi, którzy nie są w stanie znieść mrocznego pisania w dekadenckim tonie - wiecie, kiedy się pisze o sobie w taki sposób, jakby się pisało o kimś innym. Jeżeli jesteś jedną z tych osób, przerwij lekturę w tym miejscu. nie mam zamiaru cię przymuszać.

Tak pisze główna bohaterka książki "Chińska lalka" Chun Sue na 63 z 200 stron powieści.
Nie ukrywam, że była to kusząca propozycja, tym bardziej, że książka ta wcale nie jest mroczna w dekadenckim tonie - przedstawia moim zdaniem typowy świat nastolatki (bohaterka ma 15 lat). I to nie odmienny dla nas Europejczyków świat nastolatki chińskiej, który różniłby się jakoś znacząco od świata nastolatek polskich czy angielskich.
Następny rozdział zaczyna się słowami:
Nienawidziłam szkoły z każdym dniem bardziej. Nie chciałam więcej się uczyć tego chłamu, nie chciałam więcej marnować czasu. Wyniosłam stamtąd wszystko, co mogłam.
Czyż nie były to myśli, które każdy z nas miał na jakimś etapie naszej edukacji? *^v^*

Chun Sue (bo książka ta jest autobiografią autorki), a właściwie Lin Jiafu chodzi do szkoły, której nienawidzi, porzuca ją, powraca do niej tylko po to, żeby znowu ją porzucić, buntuje się przeciwko światu dorosłych, słucha zachodniej muzyki (najchętniej Nirwany), także swojej rodzimej i robi wywiady z początkującymi zespołami chińskimi, uprawia przygodny seks z wieloma znajomymi i zakochuje się na zabój, nieszczęśliwą miłością, zazwyczaj w chłopcach niedojrzałych, tchórzliwych, niepewnych swoich uczuć (w końcu mówimy o piętnastolatkach...), jej cierpienia mają podłoże egzystencjalne (miłość i śmierć splatane nierozłącznie, nicość, no future, marzenia i niemożność ich spełnienia), ale również materialne (nie ma pieniędzy na najmodniejsze ciuchy i kosmetyki...), a jej znajomi są w stanie podobnego zawieszenia, rozdarcia, rozedrgania.

Źródło: Wikipedia

Pekin końca lat 90-tych XX wieku pokazany w "Chińskiej lalce" oczami nastolatki bardzo przypomina Warszawę - młodzież nie ma pieniędzy, spędza czas w małych barach lub pubach, chadza na spacery do parków, na koncerty, powałęsać się po centrach handlowych, żeby popatrzeć na nieosiągalne dla nich towary w sklepach, uprawia przypadkowy seks bez uczuć i zobowiązań, nienawidzi szkoły, ale nie ma pomysłu na to, co ze zobą zrobić, jeśli do tej szkoły nie chodzą.
Bardzo mało czuć sam Pekin, może w tym, że bohaterowie najczęściej wszędzie jeżdżą rowerami.

Książka ta, oczekując na wydanie dwa lata, wywołała podobno duże poruszenie w Chinach i została wycofana z księgarń kilka miesięcy po opublikowaniu.
Autorka (która miała 17 lat kiedy napisała "Chińską lalkę") sama mówi tak:
Pisałam wprawdzie o doświadczeniach chińskiej dziewczyny, ale młodzi ludzie wszędzie mają podobne problemy.
Trudno mi się z nią nie zgodzić. Tylko czy od razu trzeba te przemyślenia wydawać w formie książki? Może trzeba, żeby młodzież poczuła, że gdzieś na świecie ich rówieśnicy mają takie same problemy.
Czy powinno się iść za chwilowym porywem, odrzucając przezorność, czy polegać na własnych siłach i uporczywym dążeniu do sukcesu - jedynego sukcesu, z jakiego możemy być dumni? W jaki sposób normalny człowiek może rozpoznać, co jest słuszne, a co nie?
Musi być na tym świecie coś wazniejszego niż prawda, musi być coś ważniejszego niż uczucia, ważniejszego niż pieniadze, ważniejszego niż samo życie.
Czym jest to coś?
To pytanie autorka pozostawia bez odpowiedzi.

Niektórzy wolą pokrzywy

Powieść ukazuje okres przełomu w kulturze i obyczajowości Japonii XX wieku (1929). Komplikacje uczuciowe i życiowe bohaterów spowodowane są w głównej mierze konfliktem pomiędzy tradycyjnym wychowaniem, urzekającym wpływem dawnej kultury a nowymi tendencjami w życiu społecznym i obyczajowym.

Dawno nie pałałam taką niechęcią do bohaterów książki. Dlaczego?
Główni bohaterowie "Niektórzy wolą pokrzywy" Tanizaki Jun'ichiro nie są antypatycznymi zbrodniarzami, czy coś w tym stylu. Jest to najbardziej rozmemłana, niezdecydowana para małżeńska, jaką poznałam, a przez to potwornie denerwująca!

Kaname i Misako już się nie kochają, ich uczucia wygasły do stanu fizycznej i psychicznej obojętności, a przy tym Kaname często korzysta z usług prostytutek a Misako poznała innego mężczyznę, którego pokochała. W związku z tym, jak cywilizowani ludzie podejmują wspólną decyzję o rozwodzie, siedmioletni syn pozostanie przy ojcu, a matka, która przeprowadzi się do nowego partnera, będzie mogła go widywać, i do końca życia pozostaną w przyjaźni. Tylko, że od tego momentu zaczynają się przysłowiowe schody.

Małżonkowie dają sobie czas na utwierdzenie się w tej decyzji, i poznajemy ich, kiedy ten czas już mija, i teraz należy przeprowadzić rozwód, a przede wszystkim powiedzieć o decyzji ojcu Misako i ich synkowi. A oni nie są w stanie tego zrobić! Odkładają ten moment, wynajdując najróżniejsze powody:
- Wspominając o najbardziej odpowiednim czasie dla nas wszystkich, miałem na myśli również porę roku. Bo przecież nasilenie smutku w dużej mierze zależy od stanu pogody. Najtrudniej byłoby rozstawać się jesienią, w najsmutniejszej porze roku. Słyszałem o mężczyźnie, który gotów był się rozwieść, ale kiedy żona zaczęła płakać i prosić, żeby dbał o siebie bo "teraz będzie coraz zimniej", nagle zrezygnował ze swego zamiaru. (...)
- Chcesz powiedzieć, że najlepiej rozstawać się w okresie słonecznym, ciepłym, jak teraz?
- Tak. Teraz jest jeszcze chłodno, ale robi się coraz cieplej, wkrótce zaczną kwitnąć wiśnie, a drzewa i pola okryją się zielenią... Myślę, że w takich warunkach byłoby mniej smutno. (...) Latem też nie byłoby tak źle, (...)
Mija okazja za okazją, a ja nie mogę się zdecydować, i nic na to nie poradzę.
(...) Nie możemy dłużej pozostawać małżeństwem, a w istocie już przestaliśmy nim być. I ja, i Misako dobrze o tym wiemy, ale nie możemy się zdecydować i wybrać między krótkotrwałym bólem a cierpieniem, które by nam towarzyszyło do końca życia. A właściwie nawet i to nie, decyzja już zapadła, ale cały kłopot w tym, że nie mamy odwagi jej zrealizować.

W efekcie męczą się tak oboje do końca książki, synek dowiaduje się prawdy od wuja, z którym jedzie na wycieczkę do Tokio, i którego sam ciągnie za język (bo przecież dziecko ślepe nie jest i dobrze widzi, że między rodzicami dzieje się coś niedobrego), a Kaname wreszcie pod koniec wysyła list do teścia.

Przychodzi mi też na myśl pewna analogia zbudowana przez autora - ojciec Misako jest wielkim miłośnikiem teatru lalek bunraku, zna się na szczegółach poszczególnych sztuk teatralnych, na detalach kostiumów i scenografii, wymienia wszystkich znanych animatorów lalek, specjalnie dla obejrzenia przedstawień i zdobycia pewnej szczególnej lalki wybiera się w podróż po Japonii. Oglądając wraz z nim historie ilustrowane postaciami drewnianych lalek miałam wrażenie, że Kaname i Misako są takimi lalkami, ale ktoś zapomniał przydzielić im animatorów, i teraz szamoczą się tylko jak ptaki w klatce, wykonując kilka postawowych ruchów, nie mogąc kontynuować swego przedstawienia.

Źródło: Britannica

Na koniec jeszcze kilka smaczków kulturowych (książka powstała w 1929 r).
Osaka vs Tokio:
Kaname nie lubił gidayu z Osaki przede wszystkim dlatego, że nie znosił ich na pozór nieokrzesanego czy szostkiego sposobu recytacji. Przejawiające się w sposobie prowadzenia narracji cechy mieszkańców Osaki budziły niechęć zarówno w nim, jak i w żonie, obojgu urodzonych w Tokio; odstręczała ich owa szczególna zuchwałość i bezwstyd czy może zupełny brak taktu w dążeniu do celów osobistych. Wszyscy typowi tokijczycy są raczej powściągliwi i wstydliwi. Jest im zupełnie obca otwartość mieszkańców Osaki, którzy potrafią bezceremonialnie wszczynać rozmowy z obcymi w pociągu czy tramwaju, a nawet - trzeba to podkreślić - pytają o ceny przedmiotów, o sklep, w którym ktoś kupił to, co akurat noci. Tokijczyk uznałby takie zachowanie za niegrzeczne i świadczące o złym wychowaniu. W tym zakresie poczucie konwenansu jest u tokijczyków silniej rozwinięte, lecz jednocześnie w rezultacie przesadnego zwracania uwagi na pozory i opinię otoczenia, zatracają oni energię i przedsiębiorczość, w sposób nieunikniony skłaniają się do biernej postawy.(...) Jeśliby tokijczyk nie mógł wyrazić jakiegoś uczucia w bardziej powściągliwej formie, wolałby w ogóle zrezygnować z jego wyrażenia i zbyłby po prostu cała sprawę jakimś żartem.

Postać Ohisy, młodziutkiej kochanki starego ojca Misako, która żyła pod jego dyktando, ubierając się i zachowując tak, jak wyznaczał jej Shiba (Ohisa też czerni zęby!):
W wyobraźni Kaname pojawiły się nagle twarze ludzi z tamtych dawnych czasów, ludzi, którzy wiedli swój żywot w głebi mrocznych domów, w cieniu zasłon. Mieli oni takie same rysy twarzy jak lalki teatru bunraku i żyli chyba podobnie jak bohaterowie sztuk granych w tym teatrze. (...) I czy Ohisa nie jest naprawdę jedną z takich postaci? Przed piędziesięciu czy może stu laty kobieta taka jak ona, w takim samym kimonie i pasie obi, szła zapewne w podobny sposób tą ulicą w dzień wiosenny, niosąc jedzenie w pudełkach, w drodze do teatru na równinie za rzeką. A może poza jednym z tym okratowanych okien grała na koto Śnieg? Doprawdy, Ohisa była zjawą z minionej epoki.

Obyczaje piknikowe:
Jeszcze dziś starego rody w Kioto, udając się do miejscowości słynnych z pięknych kwiatów wiśni, czesto zabierają ze sobą służącego, który dźwiga wypełnione przysmakami pudełka oraz sake. Na miejscu wypożyczają metalowe naczynia, w których sake podgrzewają, nie dopite resztki wlewają z powrotem do butelki i zabierają do domu, by użyć je do gotowania potraw; (...)

Przemyślenia Kaname na temat stosunków damsko-męskich:
Gdy mężczyzna się starzeje, kobieta przemądrzała, a nawet zbyt wrażliwa staje się chyba towarzyszką nieznośną i kłopotliwą. Na pewno lepiej pokochać taka kobietę, którą można darzyć uczuciem jak ulubioną lalkę. Kaname nie sądził, by on sam mógł naśladowac starego ojca, ale kiedy pomyślał o swoich sprawach rodzinnych, o tych nieustannych komplikacjach i konieczności przyjmowania wszystkiego ze zrozumieniem, czuł, że życie tego starego człowieka - który z kobieta podobną do lalki, w stroju jak ze sztuki teatralnej, wyjeżdża na Awaji w poszukiwaniu starych lalek - upływa w świecie głębnokiego spokoju, radości i wesela.