Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kryminał. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kryminał. Pokaż wszystkie posty

piątek, 9 sierpnia 2013

Kłamstwo na kłamstwie

Miałam nadzieję na kolejną Marininę. Niestety, mocno się oszukałam.

To tak, jakby licealistka z trójami z polskiego (w tym wypadku z rosyjskiego), która naczytała się Chmielewskiej, postanowiła, że sama też potrafi napisać humorystyczny kryminał. Nie potrafi. Wyszło żałośnie. 
NIE polecam.

niedziela, 10 października 2010

Niewidzialny

Nie każdy szwedzki pisarz to mistrz na miarę Henninga Mankell'a, niestety. Nie jest nim Mari Jungstedt, chociaż stara się bardzo (już przez siedem powieści się stara).

Na malowniczej Gotlandii, podczas sezonu turystycznego, zostaje zamordowana młoda dziewczyna. Podejrzenie pada na jej męża, jako że poprzedniego wieczora widziano, jak doszło między nimi do burzliwej kłótni. Inspektor Anders Knutas, po zapoznaniu się ze sprawą, rozpoczyna rutynowe dochodzenie. Parę dni później zostaje odnalezione ciało innej młodej kobiety zamordowanej w podobny sposób. Śledztwo zaczyna się komplikować, a inspektor musi pogodzić się z faktem, iż przyjdzie mu się zmierzyć z szalejącym na wyspie psychopatycznym zabójcą. Jego wysiłki wspierać będzie dociekliwy dziennikarz Johan Berg, który pomoże mu zebrać w całość fragmenty tej skomplikowanej i przerażającej układanki, a także dołoży wszelkich starań, aby poznać logikę mordercy i odtworzyć historię ofiar.

I tyle, na nieco ponad trzystu stronach zadrukowanych wielką czcionką dużo więcej niż w tym streszczeniu w samej książce nie ma. No, może kilka dialogów i zupełnie na siłę moim zdaniem wsadzony do akcji romans jednej z bohaterek z panem dziennikarzem. Tak, jakby autorka chciała koniecznie zrobić ukłon w stronę tzw. literatury kobiecej, żebym jej powieść przeczytała ja, ale też moja mama, która czytuje prawie wyłącznie romansidła Danielle Steele. Ciekawe, dlaczego np.: Marinina nie robi takich zabiegów? A czyta się ją o niebo lepiej.
Polecam na jedno przedpołudnie pod parasolem na plaży.

piątek, 18 czerwca 2010

Prawdziwy świat

Miałam wczoraj zupełnie niezagospodarowane 3 godziny, więc coż lepszego mogłam zrobić, jak poświęcić je na czytanie książki? *^v^* A wpadła mi wreszcie w ręce najnowsza powieść Natsuo Kirino "Prawdziwy świat".

Fabuła jest bardzo brutalna - oto nastolatek zabija swoją matkę kijem do baseball'a, a potem w pomoc w jego ucieczce dają się wciągnąć cztery przyjaciółki, co oczywiście nie prowadzi do szczęśliwego zakończenia, a do podwójnej tragedii. Jak zwykle u Kirino mamy obraz japońskiego społeczeństwa w krzywym zwierciadle, kobiety są uwikłane standardami przykładnej żony i matki, mężczyźni nie radzą sobie z wizerunkiem twardego, zaradnego pana domu, nastolatki są zamknięte w konwenansach konieczności zdobycia jak najlepszego wykształcenia za wszelką cenę. Każda z tych grup próbuje wyrwać się z nakreślonych społecznie ram, niestety przeważnie z kiepskim rezultatem.

Natomiast mnie uderzyło w tej historii coś innego, co ma chyba wymiar bardziej uniwersalny niż tylko cecha występująca w społeczeństwie japońskim - każda z czterech przyjaciółek ukrywa swoje prawdziwe oblicze (cechy charakteru, poglądy, orientację seksualną, itp) i jest absolutnie przekonana, że robi to skutecznie, że inne postrzegają ją zupełnie inaczej, chociaż, gdyby tylko wiedziały, gdyby znały ich prawdziwe "ja", to dopiero by było... A prawda jest taka, że przyjaciółki dokładnie wiedzą, jakie sekrety kryje każda z nich, jaką grę prowadzi, za czym się ukrywa. To, co skrzętnie skrywane, jest dla pozostałych oczywiste.
To dało mi do myślenia, czy w rzeczywistości tak łatwo dojrzeć prawdziwą naturę każdego człowieka, ukrytą pod maską, która w naszym przekonaniu jest kamuflażem idealnym, a dla innych - oczywistym i wyraźnie widocznym kostiumem?

czwartek, 20 maja 2010

Byczki w pomidorach

Ale mam zaległości! W recenzjach, nie w czytaniu. *^v^*

Na pierwszy ogień - najnowsza Chmielewska, "Byczki w pomidorach". Miałam nie kupować, bo od kilku lat (z kilkoma wyjątkami) jakość książek mojej ukochanej autorki stacza się po równi pochyłej, ale kiedy przeczytałam na okładce, że akcja znowu dzieje się w Danii, w domu Alicji, nie mogłam tego przegapić! Wszak moją najukochańszą pozycją jest "Wszystko czerwone" (i ogólnie cykl o Joannie i Alicji).

I niestety srogo się zawiodłam...

Akcja dzieje się w kilka lat po wydarzeniach z "Wszystko czerwone" (napisane w 1974 roku), więc mamy niby lata 80-te Polski "komunistycznej", na czym zbudowana jest cała intryga. Niestety, intryga nie tak fascynująca, postaci są sztampowe, dialogi pomiędzy bohaterami zbyt powtarzalne w stosunku do poprzednich książek, zbyt odrealnione. I czytelnik czuje ogromną sprzeczność - bo z jednej strony od poprzednich wydarzeń minęło ledwie kilka lat, ale z drugiej Joanna i Alicja mentalnie nie są tamtymi kobietami starszymi zaledwie o kilka lat, tylko starszymi paniami, jest coś takiego w ich dialogach, zachowaniach, trudno to wytłumaczyć opisowo, ale jako wierna czytelniczka Chmielewskiej wyczuwam tę rozbieżność szóstym zmysłem.
A kto zabił zgadłam wyjątkowo szybko (motywy zabójstwa są już w ogóle wydumane), co nie zdarzało mi się wcześniej w powieściach Chmielewskiej, co oznacza, że albo jestem tępak bo wszystko zawsze było podane na tacy tylko ja tego nie widziałam, albo autorka kiedyś bardzo umiejętnie budowała fabułę, a teraz już nie potrafi i leci na skróty.
Taki z tego zysk, że kulinarne poczynania bohaterów natchnęły mnie na dzisiejszą kolację i przygotowałam duńską sałatkę z ziemniaków. *^v^*

środa, 17 marca 2010

Groteska

Pod koniec lutego przeczytałam gdzieś, że w marcu wychodzi kolejna na polskim rynku powieść Natsuo Kirino "Prawdziwy świat", a przy okazji wpadła mi w ręce "Groteska", którą połknęłam błyskawicznie nie mogąc się oderwać, i w te pędy zaczęłam przeglądać księgarnie internetowe w poszukiwaniu następnej powieści Kirino. I wtedy okazało się, że zostanie ona wydana w MAJU, nie w marcu... Cóż za rozczarowanie po tym, jak się nastawiłam na marzec, a wszystko to moja wina, bo jestem gapa i źle przeczytałam datę premiery... ^^

W każdym razie, poprzednią książkę Natsuo Kirino - "Ostateczne wyjście" stawiam na jednym z pierwszych miejsc wśród znanej mi literatury japońskiej, tak więc bez namysłu sięgnęłam po "Groteskę". Nie zawiodłam się, chociaż ta powieść jest inna niż "Ostateczne wyjście" (co tylko bardzo dobrze świadczy o autorce, jest elastyczna i w ramach jednego gatunku - kryminału z elementami psychologii społecznej - potrafi tworzyć książki różnorodne, nie z jednej sztancy).

W skrócie, "Groteska" opowiada o wielu nieszczęśliwych ludziach, uwięzionych w okowach japońskich konwenansów. Najsmutniejsze jest chyba to, że problem dotyka wszystkich - młodych i starych, pięknych i brzydkich, bogatych i biednych. Nie ma tu bohaterów nawet nie zadowolonych ze swojego życia, ale po prostu neutralnych, każda przedstawiana postać jest z góry ustawiona na określonej pozycji społecznej, która stanowi dla niej problem, powiązana z innymi siecią zależności kulturowych, majątkowych, rodzinnych niczym w pajęczej sieci, gdzie można tylko czekać na rychłą śmierć. Ale rodzina też nie daje oparcia gdyż wszystkie rodziny u Kirino są dysfunkcyjne, ponieważ rodzice również podlegają tym samym zależnościom społecznym.
Ponieważ jest to kryminał, mamy również wątek morderstwa, ale wydaje mi się, że akurat w tej powieści nie jest on najważniejszy. Przynajmniej ja wyniosłam z lektury przede wszystkim tragiczny obraz japońskiego społeczeństwa, oczywiście wyolbrzymiony i pokazany na przykładach ekstremalnych na potrzeby powieści, ale podobno w każdym kłamstwie tkwi ziarenko prawdy.
Bardzo polecam i idę czytać inne książki, aż do MAJA, kiedy wychodzi kolejna powieść Kirino! *^v^*

środa, 23 grudnia 2009

Zapora

Kolejny genialny kryminał Henninga Mankella i dużo więcej pisać tu nie potrzeba, jak ktoś lubi twórczość tego autora, to na pewno sięgnie też i po tę książkę.

Mam tylko jedną uwagę po przeczytaniu siódmego kryminału Mankella - chwilami mam wrażenie, że autor pisze książki - a w nich konstruuje wymyślne fabuły, ciekawych bohaterów, barwne tła wydarzeń - tylko po to, żeby w nich ponarzekać, jak bardzo Szwecja zmieniła się za jego życia, jakim niebezpiecznym krajem się stała, pełnym przestępców imigrantów, brutalnych psychopatycznych morderców, nieczułych nastolatków, itp, itd. Biorąc pod uwagę, że powieści te powstawały w latach 90-tych XX wieku, teraz to normalnie strach pojechać do Szwecji na wakacje! *^v^*

(No, ja się nie boję i zawsze chętnie tam jeżdżę, szczególnie do Skanii! ~^^~)

czwartek, 9 kwietnia 2009

Psy z Rygi

Nie czytam książek Mankella po kolei, (biorę to, co akurat jest na półce bibliotecznej), ale jakimś sposobem udaje mi się sięgać po tomy, z różnych okresów historii o Wallanderze, jednocześnie otrzymując coraz mocniejszą dawkę zawartości "kryminału w kryminale". ^^

"Psy z Rygi"
to druga w kolejności część cyklu, jednak nasz dzielny policjant zostaje postawiony przed nie lada zadaniem. Na początek ma do rozwiązania tajemniczą ale niezbyt spektakularną sprawę, która zresztą szybko zostaje przekazana milicji w Rydze, gdyż zarówno ofiary jak i sprawcy pochodzą z Łotwy. Łotewski funkcjonariusz major Liepa przyjeżdża do Ystad na kilkudniowe zapoznanie się ze sprawą i załatwienie formalności, po czym odlatuje do siebie zabierając dokumentację i zwłoki.

I kiedy własnie razem z komisarzem Wallanderem nabieramy przekonania, że czas wrócić do rozwiązywania kwestii drobnych włamań i kradzieży, sprawa dwóch łotewskich trupów, którzy przybili do szwedzkiego nabrzeża w gumowym pontonie nabiera rumieńców i nowego tempa. A potem, jak u Hitchcocka, napięcie tylko rośnie!...

Powiem szczerze, że nie spodziewałam się po Kurcie Wallanderze takiej brawury, odwagi, determinacji (albo impulsywności, bezmyślności i działania na oślep, co sam sobie chwilami zarzuca ^^). Oczywiście wszystko kończy się dobrze, w dość nieoczekiwany ale jak zwykle u Mankella widowiskowy sposób. *^v^*

wtorek, 31 marca 2009

Trzy w jednym

Dzisiaj trzy recenzje kryminałów, bo widzę, że mam zaległości w pisaniu. *^v^*

Aleksandra Marinina "Ukradziony sen"

Nadal pozostaję w przekonaniu, że jak dotąd najlepsza była pierwsza część cyklu o Anastazji Kamieńskiej. "Ukradziony sen" dość długo się rozpędza, rozgrzewa, chociaż w połowie książki rzeczywiście wciąga zawikłaną intrygą i już nie można tej książki odłożyć na półkę bez "no, jeszcze tylko jeden rozdział..." . ^^
Tym razem Kamieńska prowadzi bardzo brzydką politycznie uwikłaną sprawę, i jest pozostawiona prawie sama sobie, ponieważ w strukturach milicji działa wtyka mafii, więc podejrzany jest każdy jej kolega, a jedynymi osobami poza podejrzeniem jest ona sama, jej przełożony Pączek Gordiejew i współpracownik opiekun genialnego psa milicyjnego, który Nastii uratował życie w pierwszej części cyklu kryminałów. Polecam!


Jo Nesbo "Trzeci klucz"

"Trzeci klucz" to środkowa część trylogii z Oslo z komisarzem Harry'm Hole'm w roli głównej. Harry bardzo przypomina Mankellowskiego Wallandera - nałogowy palacz i alkoholik, z partnerką z jednego z krajów postsowieckich, sfrustrowany i zmęczony praca w policji a jednocześnie błyskotliwy umysł śledczy. W rozwiązaniu zagadki napadów na bank ze skutkiem śmiertelnym pomaga mu genialna młoda analityczka z pamięcią do twarzy. Równolegle Hole prowadzi prywatne śledztwo dotyczące rzekomego samobójstwa jego kochanki Anny.
Nie byłam tą książką aż tak zachwycona, jak pierwszym spotkaniem z komisarzem Wallanderem, ale prawdopodobnie nie powinnam jej w ogóle porównywać z prozą Mankella, bo inny autor pisze w odmienny sposób (i dobrze). "Trzeci klucz" czyta się gładko, intryga kryminalna jest ciekawa i dobrze poprowadzona, postaci nie są papierowe, czegóż więcej chcieć? ^^

Henning Mankell "O krok"

Spodziewałam się kolejnej dobrej powieści kryminalnej i oczywiście nie zawiodłam się, włączając w to trzymającą w niesamowitym napięciu końcówkę, podczas której razem z bohaterami odliczamy mijające godziny i minuty, i czekamy, co się wydarzy! ^^
Tym razem morderca jest wyjątkowo brutalny i nieludzki, a motywy, jakie nim kierują normalnemu człowiekowi nie mieszczą się w głowie. Wallander jak zwykle błyskotliwy, oraz jak zwykle - w którymś momencie książki puszcza się w szaleńczą pogoń za przestępcą, uwieńczoną sukcesem. *^v^*
W zeszłą niedzielę natomiast widziałam w telewizji film "Joker" z Wallanderem w roli głównej i muszę przyznać, że mnie znudził... Intryga jakaś niedopracowana (albo źle pokazana), komisarza inaczej sobie wyobrażałam, nie mówiąc już o tym, że w ogóle mało go było w tym filmie, raczej pojawiał się i nadzorował śledztwo zza biurka swego gabinetu niż je rzeczywiście prowadził. Stanowczo wolę czytać książki z jego udziałem! *^v^*

wtorek, 10 marca 2009

Kolacja z zabójcą

Tym razem, wybierając z półki bibliotecznej na chybił trafił kolejny kryminał Marininy, trafiłam na pierwszą powieść z udziałem Anastazji Kamieńskiej. I to był strzał w dziesiątkę! *^v^*

"Kolacja z zabójcą" jest świetna pod każdym względem: pokazuje rzeczywistość współczesnej Rosji, zapoznaje czytelnika z realiami pracy rosyjskiej milicji, w mistrzowski sposób przedstawia intrygę kryminalną, która wciąga i zachęca do wspólnego z milicją zrozumienia wydarzeń, wreszcie - pokazuje sposób działania genialnego analitycznego umysłu młodej milicjantki Kamieńskiej, która wyciąga wnioski i znajduje rozwiązania w taki sposób, że czytelnikowi wyrywa się z piersi "Ależ tak! To oczywiste!..." mimo, że jemu samemu to nigdy nie przyszłoby do głowy. *^v^*

Książki Marininy to intelektualna uczta dla każdego wielbiciela kryminałów.

poniedziałek, 9 marca 2009

Śmierć w La Fenice

Moje pierwsze spotkanie z komisarzem Guido Brunettim nie pozostawiło takiego zachwytu jak moje pierwsze spotkania z Herculesem Poirot czy Kurtem Wallanderem, jednak książka Donny Leon "Śmierć w La Fenice" to porządnie napisany wciągający kryminał.

W tajemniczych okolicznościach, podczas przerwy w przedstawieniu, ginie światowej sławy dyrygent. Z całej gamy podejrzanych na pierwsze miejsce wysuwa się od razu dużo młodsza od niego, piękna żona. Jednak w miarę poznawania stosunków dyrygenta ze współpracownikami i kiedy wyłania się obraz jego charakteru i poglądów na różne aspekty życia, razem z komisarzem zaczynamy mieć coraz więcej wątpliwości i kandydatów do tego morderstwa. *^v^*

Przyjemna lektura, na jego minus zaliczyłabym fakt, że zbyt szybko domyśliłam się, kto zabił, a na plus - że nie wiedziałam - dlaczego, bo to wyjaśniło się w swoim trybie i czasie. "Śmierć w la Fenice" byłaby idealną lekturą na wyzwanie czytelnicze MIASTA, bo Wenecja jest cały czas obecna i czuje się, że te postaci i wydarzenia bez niej nie istnieją.

I jeszcze jedna uwaga - przez cały czas podświadomie czułam, że autorką jest kobieta. Być może to sposób obrazowania, może dialogi. Nie potrafię wytłumaczyć, czym to się objawiało, to było nieuchwytne wrażenie, które nie towarzyszy mi np.: podczas czytania Agaty Christie. ^^

piątek, 20 lutego 2009

Śmierć i trochę miłości

Anastazja Kamieńska to rasowy milicyjny pies gończy. Na dzień przed własnym ślubem siedzi w pracy do 21:00, w drodze do domu przypadkiem udaje jej się zdobyć nowe fakty w zamkniętej już sprawie o gwałt, a następnego dnia w minutę po zawarciu związku małżeńskiego zaczyna rozwiązywać zagadkę morderstwa panny młodej w Urzędzie Stanu Cywilnego. Oficjalnie jest na urlopie, jednak nawet na chwilę nie potrafi "odwiesić munduru do szafy" i zamienić się w zakochaną młodą żonkę, tak więc wspomaga swoich kolegów jak może, prowadząc działania operacyjne z domu, aż do spektakularnego rozwiązania zagadki. *^v^*

Marinina pisze umiejętnie, już na samym początku zręcznie udało jej się skutecznie i na długo zmylić mnie co do osoby głównego podejrzanego *^v^* (ale nie napiszę, co mam na myśli, żeby nie psuć Wam lektury), a w trakcie ksiażki chwilami wydaje nam się, że intryga została utkana w zbyt prosty sposób, że tak się nie pisze kryminału, żeby czytelnik wiedział wcześniej od policjanta, kto zabił, a za moment okazuje się, że czytelnik guzik wie, bo skuszony łatwymi rozwiązaniami za szybko wyciągnął niewłaściwe wnioski, a okoliczności zbrodni i ich potencjalni uczestnicy zmieniają się jak w kalejdoskopie. Postać inteligentnej, energicznej Kamieńskiej, ze zmysłem do zauważania szczegółów, której umiejętności wywiadowcze zasilane są morzem kawy i papierosów, jest wisienką na tym kryminalnym torcie. ^^

Kiedyś zaczytywałam się w kryminałach stojących w biblioteczce moich dziadków, była Agatha Christie i Joe Alex, szczególnie pamiętam też ksiażkę Noel'a Random'a "Dwie rurki z kremem", znałam ją na pamięć. Teraz przyszedł czas na Mankell'a i Marininę, podrzućcie mi innych dobrych współczesnych pisarzy, którzy tworzą dobre kryminały. ^^

Na koniec taki nieco gorzki cytat, który mógłby się spokojnie odnosić również do polskiej aktualnej rzeczywistości (kiedy Nastia rozmyśla nad tym, jak bardzo jej matka, mieszkająca w Szwecji, oderwała się od rosyjskich realiów):
Boże drogi, mamo, nie potrafisz sobie nawet wyobrazić, jak my tutaj żyjemy. (...) No bo jeżeli mnie nie odpowiada to, co pokazuje telewizja, a jednak ten chłam idzie na wszystkich kanałach, widocznie większości się podoba. Wygląda na to, że większość w naszym kraju stanowią ludzie, którym się podoba ten kudłaty idiota i jego trywialne dowcipy, niekończące się teledyski prymitywnych piosenkarzy w bransoletach i kolczykach, reklamy, od których robi się niedobrze. Tacy teraz jesteśmy, mamo, pełni gniewu, rozdrażnieni i bezmyślni, (...)

środa, 18 lutego 2009

Biała lwica

Nie jestem zbyt rozeznana w historii politycznej na świecie, o Burach słyszałam i postaci Nelsona Mandelli czy prezydenta de Klerka też nie są mi obce, ale nie miałam pojęcia o szczegółach losów Republiki Południowej Afryki z ostatnich 200 lat, stosunkach między Holendrami, Anglikami i rdzenną ludnością tego rejonu.

Powieść Mankell'a "Biała lwica" rozgrywa się w połowie właśnie w RPA, a intryga dotyczy planowanego zamachu na jedną z najważniejszych osób w państwie świeżo wyzwalającym się z polityki apartheidu. Ale oczywiście jurysdykcja Kurta Wallandera obejmuje okręg Skanii i druga połowa akcji ma miejsce w Szwecji, gdzie popełnione zostaje brutalne morderstwo, początkowo kompletnie niezrozumiałe i nie powiązane z niczym, z czym chciałoby się je powiązać. Jednak nigdy nie ma tak, żeby nie było nawet najmniejszego punktu zaczepienia i oczywiście Wallanderowi udaje się rozwikłać zagadkę i zapobiec urzeczywistnieniu się zamachu.

W książkach Mankell'a podobają mi się dwie rzeczy - po pierwsze, jest to jeden z autorów, którzy piszą w taki sposób, że nie można się oderwać od fabuły. Rozdziały kończą się dokładnie wtedy, kiedy czytelnik oczekuje kolejnego zdania, wyjaśniającego co nieco w akcji, i trzeba przebrnąć przez następny fragment, który często opowiada historię innych zdarzeń, żeby dojść do wyczekiwanego rozwiązania. Jednak w trakcie czytania owego rozdziału już wciągnęły nas losy innego bohatera i teraz o nim chcemy się dowiadywać coraz to nowszych faktów, ale autor w odpowiednim momencie zostawia historię B, żeby powrócić do historii A, znowu studząc na chwilę nasze zaangażowanie i rozniecając zainteresowanie uprzednimi wydarzeniami, żeby na koniec umiejętnie spleść wszystko w zgrabny węzeł. Takie książki czytamy do 2-3 w nocy, powtarzając sobie słodkie kłamstewko w brzmieniu: "Jeszcze tylko ten jeden rozdział..."

Po drugie, Mankell potrafi umiejętnie nakreślić fizyczny i psychologiczny obraz swoich bohaterów, jego postaci żyją, nie są papierowe mimo, że są przecież na papierze. Widać to szczególnie w "Białej lwicy", gdzie wnikamy głęboko w umysły i dusze burskich ekstremistów z białej elity RPA, czarnych będących na ich usługach, którzy ich nienawidzą i współpracują z nimi dla własnych korzyści, wreszcie samego Wallandera, człowieka pokazanego na tle swojego kraju, miejsca pracy, stosunków z rodziną, zainteresowań.

Postanowiłam uporządkować nieco kolejność czytania cyklu Mankell'a o Wallanderze i wypisałam sobie tytuły wraz z latami wydania. Okazuje się, że zaczęłam od piątej z kolei powieści, (1995 "Fałszywy trop"), a potem wróciłam do pierwszej z 1991 roku ("Morderca bez twarzy"). "Biała lwica" jest trzecia, tak więc teraz powinnam się zabrać za "Psy z Rygi" z 1992 r i "Mężczyznę, który się uśmiechał" z 1994. Wbrew pozorom ma to znaczenie, bo jak pisałam powyżej Wallander opowiada nam swoją historię, a w niej następstwo wydarzeń jest ważne, jeśli chcemy poznać go bliżej.

czwartek, 29 stycznia 2009

Morderca bez twarzy

Oczywiście teraz jak szalona będę połykać kolejne kryminały Mankell'a - jako drugi "Morderca bez twarzy".

Znowu akcja toczy się w mojej ulubionej części Szwecji - Skanii (kto by pomyślał, że tam tak niebezpiecznie?...), tą książką cofnęłam się kilka lat wstecz, kiedy Kurt Wallander dopiero co rozstał się z żoną (albo raczej ona z nim), a jego ojciec zaczyna poważnie cierpieć na sklerozę. Wallander tym razem musi rozwikłać niezwykle brutalne podwójne morderstwo i mimo początkowego braku jakichkolwiek dowodów czy nawet poszlak, prowadzi swoje śledztwo sprawnie aż do wykrycia i złapania sprawców po brawurowym pościgu (znowu Wallander osobiście goni za mordercą ^^). Przy okazji ta książka przybliżyła mi problem uchodźców w Szwecji w latach 90-tych, o czym nie miałam bladego pojęcia.

Bardzo podoba mi się postać Wallandera, bo jest ludzka a nie papierowa, a poza tym Mankell pisze w sposób bardzo przypominający pisarstwo Murakamiego - z pietyzmem opisuje nawet najbardziej podstawowe codzienne czynności, jak sprzątanie czy posiłki, a to dodaje bohaterom życia.


wtorek, 27 stycznia 2009

Fałszywy trop

Wszyscy czytają Mankell'a, to czytam i ja. Postanowiłam na styczniowy marazm czytelniczy zaaplikować sobie kryminał - żeby mnie poruszył, zaintrygował, zaskoczył, dał szarym komórkom do wiwatu.

I już wiem, dlaczego wszyscy czytają Mankell'a.

"Fałszywy trop" to kryminał genialny pod każdym względem. Mimo, że prawie od początku czytelnik wie "kto zabił", towarzyszenie głównemu bohaterowi policjantowi Kurtowi Wallanderowi w odkrywaniu sprawcy jest fascynujące. Historia jest opowiedziana w idealnym rytmie, niczym dobrze skomponowany utwór muzyczny - na początku sprawy dzieją się powoli, a z biegiem czasu wydarzenia nabierają szybszego tempa, aż do kulminacji, przed którą mamy chwilę zatrzymania i jakby zawieszenia w próżni, i do dramatycznego finału, po którym następuje przyjemne wyciszenie.
Wisienką na torcie jest specyficzna cecha skandynawskiej literatury - krótkie zwięzłe zdania, oszczędna opisowość bez zbędnych ozdobników, nie można pomylić tego stylu z żadnym innym. *^v^*

Jutro idę do biblioteki po więcej Mankella. ^^