Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Europa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Europa. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 16 kwietnia 2009

Przez dziurkę od klucza

Kiedyś to się jakieś inne te ksiażki pisało... *^v^*

Właśnie przypomniałam sobie kolejną powieść Krystyny Siesickiej, którą czytałam po raz pierwszy wieki temu, nastolatką będąc, i która tak samo zachwyciła mnie wtedy jak teraz. "Przez dziurkę od klucza" to zbiór niesamowicie ciepłych scen z życia pewnej rodziny, mieszkającej pod jednym dachem, a więc: babuni, mamy i taty (którzy pojawiają się sporadycznie), starszej siostry Oleńki i jej męża Piotra oraz małej Zuzanki, młodszej siostry Joanny - szalonej roztrzepanej nastolatki i na koniec dochodzącego studenta filologii orientalnej Janka, wielbiciela babcinego gotowania.

Bo o kuchnię w tej książce chodzi, i ogólnie o zajmowanie się domem, jest pełna przepisów kulinarnych i innych porad, mniej lub bardziej w obecnych czasach przydatnych (no, bo kto teraz myje okna "Kryształem" i "Siluxem"?... ^^ ale już dywan kiszoną kapustą - czemu nie?), a w trakcie czytania szybko sięgnęłam po samoprzylepne karteczki i zaznaczałam różne przydatne i ciekawe przepisy i porady. No cóż, w końcu jestem kurą domową i takie rzeczy po prostu mi się przydają. ~^v^~

Siesicka ma wyjątkowy dar pisania dla nastolatek i o nastolatkach, i choć większość dzisiejszych nastolatek pewnie uznałaby jej książki za trucie wapniaka i zabytki muzealne (czy dzisiejsze nastolatki w ogóle znają słowo "wapniak"?... ^^), to czytelniczki w moim wieku zawsze będą do tych lektur wracać, tak, jak wracają do "Wojny domowej" czy "Rodziny Leśniewskich".

środa, 15 kwietnia 2009

Maska Arlekina

Dlaczego kobiety kochają świrów?
Co nas przyciąga do tych lekkoduchów, szaleńców topiących swoje frustracje i zaszłości z toksycznego dzieciństwa w alkoholu, narkotykach, w nieustającej ekstazie przerywanej okresami skrajnej depresji? (no, nie nas wszystkie, na szczęście! *^v^*)

Dlaczego tyle kobiet, w tym nasza główna bohaterka Matylda, kochały tego Świra, Filipa Justa?
Co spowodowało, że podczas jej dwutygodniowej nieobecności w kraju Świr wyszedł przez okno pokoju swojej wieloletniej kochanki Olgi?

"Maska Arlekina" opowiada o tym, jak w życie Matyldy brutalnie i z butami wchodzi po 10 latach właśnie Olga - kochanka Filipa, osoba, która po jego śmierci opiekowała się Matyldą i zadbała, żeby ta z rozpaczy nie poszła w jego ślady. Teraz to Olgą trzeba się zaopiekować i mimo bardzo uciążliwego charakteru swojego gościa Matylda zgadza się na to, żeby wreszcie dowiedzieć się prawdy o śmierci Filipa.

To opowieść smutna, gorzka, brutalna, wyciągająca brudy przeszłości, to opowieść o ludziach małostkowych, cynicznych, zatraconych w nałogach, zagubionych w swoim życiu, tych, którzy się na różne sposoby sprzedali. Jedynym jasnym światełkiem, jedyną ostoją jest ... Zawrocie.
Kto nie czytał poprzednich części cyklu Hanny Kowalewskiej, ten nie wie, o czym mówię - a więc, Zawrocie - dom z ogrodem, który w pierwszej części cyklu Matylda odziedziczyła po swojej babce Aleksandrze, miejsce magiczne, zarówno dom i ogród, jak i magiczna była związana z nim historia wielkiej miłości (nie będę tłumaczyć zbyt wiele, przeczytajcie "Tego lata w Zawrociu...").

To jedno miałam Matyldzie za złe, że w pewnym momencie zabiera zapijaczoną Olgę ze swojego malutkiego mieszkanka w mieście i wiezie ją na dziesięć dni do Zawrocia, czym bruka to cudowne miejsce. Ale Matylda już w tym momencie bardzo chce dowiedzieć się prawdy o śmierci swojego męża i postanawia użyć Zawrocia jako terapii szokowej, lekarstwa na pokiereszowane życie Olgi.

Czy prawda daje jej coś, czego jej dotąd w życiu brakowało? Pomaga na jej własne demony - na życie zapełnione przelotnymi związkami bez głębszych uczuć, na życie bez tej wiedzy? Nie wiem. Czy wyznanie prawdy zmienia coś w życiu Olgi - alkoholiczki, maskotki jej bogatego męża, niemieckiego rzeźbiarza? O tym musicie przekonać się sami.

czwartek, 9 kwietnia 2009

Duch słowiański

"Duch słowiański" to esej - podróż wewnętrzna po Rosji od czasów Ruryka po rewolucję 1917 roku. Analiza duchowości pewnego narodu, który dzięki wielkim dziełom twórców filozofii, literatury i muzyki przetrwał najgorsze okresy w swojej historii. Przewodnikiem narratora i głównym bohaterem książki jest wybitny pisarz, filozof, publicysta rosyjski Wasilij Rozanow.
Tyle dowiadujemy się z okładki. A co o tej książce sądzi taki zwykły szary czytelnik jak ja? Muszę przyznać, że się zawiodłam, z kilku powodów. Po pierwsze, liczyłam na bardziej osobisty wkład autora, bo lubię, kiedy dany kraj, jego ludzi i kulturę poznaję przez pryzmat czyichś przeżyć, spostrzeżeń, odczuć. Czego można się spodziewać po książce, która zaczyna się tak:
Wyruszam w podróż o świcie. Lubię jesienne poranki. W kroplach deszczu odbija się niezbyt zielona już trawa. Ptaki tulą się do siebie, jakby chciały pożegnać samotność. (...) Wyruszam do Siergijewa, by rozmyślać o wierze, ale i zobaczyć stare cerkwie. Ich mury i lśniące w słońcu kolorowe kopuły. Chciałbym westchnąć do Boga w oparze kadzideł i dymów świec, palących się w ciemnyc pomieszczeniach i rozsyłających światło w różnych kierunkach. Chciałbym dotknąć kamienia, na którym 100 lat temu siedział zamyślony Wasilij Rozanow, myśliciel dla Rosji tak ważny jak Lew Szestow czy Mikołaj Bierdiajew. Ale nie tak ważny jak Dostojewski. (...)
Natomiast pan Kozyra jest z wykształcenia polonistą i widać to na każdej stronie, w każdym akapicie, kiedy żongluje cytatami i nazwiskami filozofów i literatów, głównie rosyjskich, ale nie tylko. Ma też duże zacięcie teoretyka literatury, więc wysuwa różne teorie i podpiera je autorytetami albo szybko obala, i mimo, że książka ma podobno układ liniowy od czasów Ruryka do początku XX wieku, przeskakuje po epokach, miesza przytaczanych pisarzy z różnych czasów i generalnie robi duży bałagan osobowo-zdarzeniowy, który mi się po prostu nie podobał i utrudniał mi odbiór treści, ale prawdopodobnie jest czytelny dla innych teoretyków literatury.

Po drugie, z pierwszym okresem w historii państwowości rosyjskiej autor szybciutko uwija się w pierwszym krótkim rozdziale, (a przecież zawarł w nim 500 lat istnienia tego kraju), a drugi rozdział (na czternaście) zaczyna już w roku 1547, wraz z rządami Iwana Groźnego. Mógł sobie darować te kilka stron, skoro tak naprawdę i tak chciał się skupić na czasach późniejszych.

Po trzecie, mimo deklarowanej przez autora wielkiej miłości do Rosji, odniosłam wrażenie, że nie jest wobec niej obiektywny i za wszelką cenę chce udowodnić postawioną najsamprzód przez siebie tezę - że historia Rosji to wyłącznie historia despotycznych władców i uciemiężonego ludu - chłopów oraz filozofów i literatów. Wydaje mi się, że jest to zbyt powierzchowne podejście do tematu.

Psy z Rygi

Nie czytam książek Mankella po kolei, (biorę to, co akurat jest na półce bibliotecznej), ale jakimś sposobem udaje mi się sięgać po tomy, z różnych okresów historii o Wallanderze, jednocześnie otrzymując coraz mocniejszą dawkę zawartości "kryminału w kryminale". ^^

"Psy z Rygi"
to druga w kolejności część cyklu, jednak nasz dzielny policjant zostaje postawiony przed nie lada zadaniem. Na początek ma do rozwiązania tajemniczą ale niezbyt spektakularną sprawę, która zresztą szybko zostaje przekazana milicji w Rydze, gdyż zarówno ofiary jak i sprawcy pochodzą z Łotwy. Łotewski funkcjonariusz major Liepa przyjeżdża do Ystad na kilkudniowe zapoznanie się ze sprawą i załatwienie formalności, po czym odlatuje do siebie zabierając dokumentację i zwłoki.

I kiedy własnie razem z komisarzem Wallanderem nabieramy przekonania, że czas wrócić do rozwiązywania kwestii drobnych włamań i kradzieży, sprawa dwóch łotewskich trupów, którzy przybili do szwedzkiego nabrzeża w gumowym pontonie nabiera rumieńców i nowego tempa. A potem, jak u Hitchcocka, napięcie tylko rośnie!...

Powiem szczerze, że nie spodziewałam się po Kurcie Wallanderze takiej brawury, odwagi, determinacji (albo impulsywności, bezmyślności i działania na oślep, co sam sobie chwilami zarzuca ^^). Oczywiście wszystko kończy się dobrze, w dość nieoczekiwany ale jak zwykle u Mankella widowiskowy sposób. *^v^*

wtorek, 31 marca 2009

Trzy w jednym

Dzisiaj trzy recenzje kryminałów, bo widzę, że mam zaległości w pisaniu. *^v^*

Aleksandra Marinina "Ukradziony sen"

Nadal pozostaję w przekonaniu, że jak dotąd najlepsza była pierwsza część cyklu o Anastazji Kamieńskiej. "Ukradziony sen" dość długo się rozpędza, rozgrzewa, chociaż w połowie książki rzeczywiście wciąga zawikłaną intrygą i już nie można tej książki odłożyć na półkę bez "no, jeszcze tylko jeden rozdział..." . ^^
Tym razem Kamieńska prowadzi bardzo brzydką politycznie uwikłaną sprawę, i jest pozostawiona prawie sama sobie, ponieważ w strukturach milicji działa wtyka mafii, więc podejrzany jest każdy jej kolega, a jedynymi osobami poza podejrzeniem jest ona sama, jej przełożony Pączek Gordiejew i współpracownik opiekun genialnego psa milicyjnego, który Nastii uratował życie w pierwszej części cyklu kryminałów. Polecam!


Jo Nesbo "Trzeci klucz"

"Trzeci klucz" to środkowa część trylogii z Oslo z komisarzem Harry'm Hole'm w roli głównej. Harry bardzo przypomina Mankellowskiego Wallandera - nałogowy palacz i alkoholik, z partnerką z jednego z krajów postsowieckich, sfrustrowany i zmęczony praca w policji a jednocześnie błyskotliwy umysł śledczy. W rozwiązaniu zagadki napadów na bank ze skutkiem śmiertelnym pomaga mu genialna młoda analityczka z pamięcią do twarzy. Równolegle Hole prowadzi prywatne śledztwo dotyczące rzekomego samobójstwa jego kochanki Anny.
Nie byłam tą książką aż tak zachwycona, jak pierwszym spotkaniem z komisarzem Wallanderem, ale prawdopodobnie nie powinnam jej w ogóle porównywać z prozą Mankella, bo inny autor pisze w odmienny sposób (i dobrze). "Trzeci klucz" czyta się gładko, intryga kryminalna jest ciekawa i dobrze poprowadzona, postaci nie są papierowe, czegóż więcej chcieć? ^^

Henning Mankell "O krok"

Spodziewałam się kolejnej dobrej powieści kryminalnej i oczywiście nie zawiodłam się, włączając w to trzymającą w niesamowitym napięciu końcówkę, podczas której razem z bohaterami odliczamy mijające godziny i minuty, i czekamy, co się wydarzy! ^^
Tym razem morderca jest wyjątkowo brutalny i nieludzki, a motywy, jakie nim kierują normalnemu człowiekowi nie mieszczą się w głowie. Wallander jak zwykle błyskotliwy, oraz jak zwykle - w którymś momencie książki puszcza się w szaleńczą pogoń za przestępcą, uwieńczoną sukcesem. *^v^*
W zeszłą niedzielę natomiast widziałam w telewizji film "Joker" z Wallanderem w roli głównej i muszę przyznać, że mnie znudził... Intryga jakaś niedopracowana (albo źle pokazana), komisarza inaczej sobie wyobrażałam, nie mówiąc już o tym, że w ogóle mało go było w tym filmie, raczej pojawiał się i nadzorował śledztwo zza biurka swego gabinetu niż je rzeczywiście prowadził. Stanowczo wolę czytać książki z jego udziałem! *^v^*

wtorek, 10 marca 2009

Kolacja z zabójcą

Tym razem, wybierając z półki bibliotecznej na chybił trafił kolejny kryminał Marininy, trafiłam na pierwszą powieść z udziałem Anastazji Kamieńskiej. I to był strzał w dziesiątkę! *^v^*

"Kolacja z zabójcą" jest świetna pod każdym względem: pokazuje rzeczywistość współczesnej Rosji, zapoznaje czytelnika z realiami pracy rosyjskiej milicji, w mistrzowski sposób przedstawia intrygę kryminalną, która wciąga i zachęca do wspólnego z milicją zrozumienia wydarzeń, wreszcie - pokazuje sposób działania genialnego analitycznego umysłu młodej milicjantki Kamieńskiej, która wyciąga wnioski i znajduje rozwiązania w taki sposób, że czytelnikowi wyrywa się z piersi "Ależ tak! To oczywiste!..." mimo, że jemu samemu to nigdy nie przyszłoby do głowy. *^v^*

Książki Marininy to intelektualna uczta dla każdego wielbiciela kryminałów.

poniedziałek, 9 marca 2009

Śmierć w La Fenice

Moje pierwsze spotkanie z komisarzem Guido Brunettim nie pozostawiło takiego zachwytu jak moje pierwsze spotkania z Herculesem Poirot czy Kurtem Wallanderem, jednak książka Donny Leon "Śmierć w La Fenice" to porządnie napisany wciągający kryminał.

W tajemniczych okolicznościach, podczas przerwy w przedstawieniu, ginie światowej sławy dyrygent. Z całej gamy podejrzanych na pierwsze miejsce wysuwa się od razu dużo młodsza od niego, piękna żona. Jednak w miarę poznawania stosunków dyrygenta ze współpracownikami i kiedy wyłania się obraz jego charakteru i poglądów na różne aspekty życia, razem z komisarzem zaczynamy mieć coraz więcej wątpliwości i kandydatów do tego morderstwa. *^v^*

Przyjemna lektura, na jego minus zaliczyłabym fakt, że zbyt szybko domyśliłam się, kto zabił, a na plus - że nie wiedziałam - dlaczego, bo to wyjaśniło się w swoim trybie i czasie. "Śmierć w la Fenice" byłaby idealną lekturą na wyzwanie czytelnicze MIASTA, bo Wenecja jest cały czas obecna i czuje się, że te postaci i wydarzenia bez niej nie istnieją.

I jeszcze jedna uwaga - przez cały czas podświadomie czułam, że autorką jest kobieta. Być może to sposób obrazowania, może dialogi. Nie potrafię wytłumaczyć, czym to się objawiało, to było nieuchwytne wrażenie, które nie towarzyszy mi np.: podczas czytania Agaty Christie. ^^

piątek, 13 lutego 2009

Powroty nad rozlewiskiem

Dostałam tę książkę od teściowej jakiś czas temu, przy pożegnaniach w drzwiach, po jakimś spotkaniu rodzinnym, i tylko rzuciłam okiem na okładkę, a potem w domu odłożyłam ją na stosik do przeczytania i zapomniałam z powodu innych lektur. Kiedy sięgnęłam po nią dwa dni temu, byłam absolutnie przekonana, że na półce czeka na mnie trzecia część cyklu o życiu nad rozlewiskiem Małgorzaty Kalicińskiej, a tu niespodzianka - to prequel do debiutu pisarskiego pani Małgorzaty, losy Barbary, matki znanej nam z "Domu nad Rozlewiskiem" Gosi.

Swoimi wspomnieniami sięga do wczesnego dzieciństwa podczas okupacji, następnie szybko prześlizguje się po czasach szkolnych i studiach w Warszawie, żeby na dłużej zatrzymać się na dorosłym życiu. Mój pierwszy zarzut do tej książki dotyczy właśnie tego pierwszego okresu - bohaterka snuje swoje wspomnienia jako dojrzała kobieta, dlaczego w takim razie czytając o jej losach jako pięcioletniej dziewczynki czułam, że tak opowiedziałoby to dziecko w podobnym wieku, a o czasach gimnazjalnych - nastolatka? Oczywiście te rozdziały nie są pisane dziecięcym szczebiotem czy jakąś specyficzną gwarą nastolatków, chodzi mi raczej o pewne odczucia, jakie we mnie pozostały, jakby autorka delikatnymi środkami wystylizowała te części powieści w taki sposób. Dziwne.

Mój drugi zarzut odnosi się do komentarza na okładce, napisanego przez Ninę Terentiew:
(...) Całe moje pokolenie wychowało się w PRL-u, (...) Adapter Bambino, big-beat, telewizja, inna niż dotąd muzyka, prywatki... To wszystko jest w tej książce. (...)
A właśnie, że nie ma! Owszem, najpierw mamy przywołane czasy dobrobytu sprzed wojny oraz powojenną biedę i zmagania z nią rodziców Barbary, i to jest bardzo ciekawie przedstawione, ale PRL?... Tu i ówdzie jest o tym i o owym wspomniane, gdzieś tam majaczą się wydarzenia polityczne ówczesnych czasów, i wiemy, że nasza bohaterka lubi oglądać w czwartki "Kobrę", jej były mąż jest w partii i raz przez dwa tygodnie była z kochankiem w Sopocie i tam bawiła się na prywatce w sopockiej willi jego kolegi. Moim zdaniem prawie wcale nie ma tutaj tego tła, i wyjąwszy kilka elementów dodanych jakby na siłę tu i ówdzie, można by czytać tę książkę jako zapis poplątanego życia współczesnej nam kobiety, która z sercem złamanym przez ukochanego wyszła za mąż bez miłości, bo trafiła na dobrego człowieka i ze strachu, że nic lepszego jej się nie przytrafi, która nie miała instynktu macierzyńskiego i znudziła się dostatnim życiem "dyrektorowej", angażując się w ognisty romans z mężczyzną żonatym i dzieciatym, który po czasie burzliwych uniesień zostawił ją i wrócił do rodziny. Która wreszcie zmuszona okolicznościami do stabilizacji na wsi w domu rodzinnym powoli uczy się życia na nowo, wciąż przeżywając burzliwe stosunki damsko-męskie z różnymi adoratorami, aby wreszcie odnaleźć tego jednego jedynego. Dla dodania kolorytu ma brata homoseksualistę, siostrę dewotkę, szwagra pantoflarza, w spadku wraz z gospodarstwem adoptowaną przez jej matkę upośledzoną umysłowo Kaśkę.

Jednak wbrew moi zarzutom "Powroty..." to niezłe czytadło, nieco przesłodzone (postaci rodziców Basi, Bronisławy i Michała, są wręcz wyidealizowane, ale kto by nie chciał mieć takiej matki jak Bronia! ^^), suto okraszone gospodarskimi poradami i przepisami kulinarnymi, ciepłe i w sumie - życiowe, bo wiadomo, że życie nie takie scenariusze potrafi nam napisać.

W drugiej części cyklu, "Dom nad rozlewiskiem", Basia zamienia się w swoją matkę Bronię - opokę i wyrocznię, wiedźmę (tę, która WIE, zresztą ta przemiana zapoczątkowuje się już w "Powrotach...") i ciepłą przystań, a jej miejsce kobiety na zakręcie zajmuje jej córka Małgosia. Trochę niepokoję się o zawartość trzeciego tomu, "Miłość nad rozlewiskiem", który nie zbiera już tak pochlebnych recenzji, jest podobno absolutnie przesłodzony, i chyba znowu powtarza ten sam schemat, tym razem zamieniając Basię na Małgosię a na jej miejsce wskakuje córka Paula. Mam nadzieję, że nie przerodzi się to w niekończący się cykl o kolejnych kobietach z rodu Matz'ów, przeżywających burzliwą młodość i stateczną dojrzałość, kiedy przyjdzie im zająć się gospodarstwem nad rozlewiskiem, zresztą, biorąc pod uwagę, że Paula żyje w obecnych czasach, autorka musiałaby z kolejnymi pokoleniami wybiec daleko w przyszłość, i zrobiłoby się (prawie science) fiction. *^v^*

I mam jeszcze jedną uwagę językową- czy tytuł nie powinien brzmieć "Powroty nad rozlewisko"?...

wtorek, 9 grudnia 2008

Bliznobrody prezent


Dostałam dzisiaj prezent od Wydawnictwa Picaresque, mianowicie powieść "Bliznobrody" Tomasza Łysiaka.
Jest to druga część cyklu "Kroniki Szalbierskie", ale stanowi odrębną całość narracyjną, a opis zapowiada niezłą zabawę w stylu starych dobrych gier role-playing, gdzie drużyną wyruszało się na spotkanie Przygody. *^v^*
Jeśli mi się spodoba, to na pewno dokupię pozostałe części.

poniedziałek, 8 grudnia 2008

O miłości

Kompletnie zapomniałam!

Zapomniałam, jakie piękne książki pisze Krystyna Siesicka! *^v^*
Będąc ostatnio w bibliotece sięgnęłam po "Kapryśną piątkową sobotę" i czytałam ją oczarowana. Sama autorka pisze tak:
Chciałabym przedstawić jakoś tę książkę.
Więc może tak: to jest opowieść o miłości. I o niczym więcej.
I to prawda.
To książka idealna na grudniowe wieczory - ciepła, otulająca niczym puchaty koc. Mamy tu miłość szczęnięcą, miłość dojrzała, miłość podszytą tragedią, miłość matczyną i babciną, a wszystko to pokazane w taki sposób, że nie sposób się do tej ksiażki oderwać i wyzwolić spod jej magii. Jest też tajemnica, umiejętnie przez autorkę odkrywana po kawałeczku, tak, żeby czytelnik nie dowiedział się wszystkiego za szybko i żeby pozostał w zaciekawieniu do ostatnich kartek. A wszystko pięknie się kończy.

Znajdujemy tutaj również życiowe porady praktyczne, na przykład takie:
(...)Może się pan Damian chętnie ogórkiem kiszonym poczęstuje? O, tu, z tego słoja niech weźmie, sama przysmaczałam i w porę, bo wie pan Damian, jak się coś kisi, to trzeba wtedy, kiedy księżyc wzbiera, bo jak cienieje, licho na tym siada.

(Nie wiedziałam! W przyszłym roku będę kisić ogórki zgodnie z kalendarzem księżycowym.)

Idę do biblioteki po kolejne książki pani Siesickiej! =^v^=

Wspomnienia chałturzystki

No ładnie! Ale mam przerwę w recenzjach!...
Ale nie w czytaniu. *^v^*

Złożona chorobą w jeden z weekendów połknęłam "Wspomnienia chałturzystki" Stefanii Grodzieńskiej i muszę powiedzieć, że jest to książka niesamowita.

To fikcyjna historia podszyta autentycznymi wydarzeniami z życia autorki, z występującymi w niej prawdziwymi postaciami znanymi mi z dwóch autobiografii pani Stefanii. Na fabułę składają się dwa dni z życia artystki estradowej, która przyjeżdża do małego miasteczka na spotkanie ze swoim znajomym - młodzieńczą miłością jej życia, który na stałe mieszka za granicą ale zdecydował się odwiedzić swoją starą ojczyznę i przez kilka dni ma przebywać u rodziny. Nasza bohaterka chce temu panu zrobić niespodziankę i bez zapowiedzi zjawia się w owym miasteczku, po czym próbuje się z nim skontaktować, a przeszkadzają jej w tym najróżniejsze osoby i wydarzenia, ale nie będę więcej zdradzać, bo popsuję Wam przyjemność z lektury.

Oprócz warstwy fabularnej, napisanej lekkim i zabawnym językiem wytrawnej felietonistki, niewątpliwą zaletą tej ksiażki jest coś, co ja nazwałabym "podręcznikiem chałturzysty estradowego" *^v^* Autorka dokładnie wyjaśnia, co to jest dla artysty owa "chałtura", podaje liczne przykłady z życia wzięte a nawet rozkłada taką chałturę na czynniki pierwsze i zdradza tajniki zakulisowych działań na wypadek spóźnień, niedojechań i wpadek wykonawców na żywym przykładzie dwóch przedstawień, jakie odbywają się w miasteczku podczas pobytu w nim naszej bohaterki (w jednym z nich bohaterka bierze udział jako widz a w drugim jako konferansjer na zastępstwo za chorego kolegę).

Co tu dużo mówić, śmiechu jest przy czytaniu co nie miara, a przy okazji zaznajamiamy się z występami estradowymi "od kuchni". Nie mówiąc już o wątku miłosnym, ale o tym nic nie napiszę, sami się przekonajcie, jak było. ^^

sobota, 15 listopada 2008

Już nic nie muszę

Znowu Grodzieńska, tym razem pierwsza autobiografia z 2000 roku, w formie wywiadu przeprowadzonego przez Beatę Kęczkowską, bogato przeplatana tekstami satyrycznymi pani Stefanii i wierszami jej męża, Jerzego Jurandota. Jako dodatek pani Stefania opisuje kilka ważnych dla niej postaci - swoją matkę, przyszywanego dziadka, Janusza Minkiewicza, Jana Brzechwę.

Nie przeszkadza mi, że niedawno czytałam o tych samych wydarzeniach, w formie bardziej narracyjnej, w tej książce pojawiają się elementy z życia pisarki, których nie zawarła w "Nie ma się z czego śmiać" i vice versa, więc obydwie te ksiażki uzupełniają się wzajemnie.

Skąd taki tytuł?
Inspiracją były rozmowy prowadzone ze swoją przyjaciółką, kiedy jako młode dziewczyny były uczennicami szkoły baletowej:
Rozmawiałyśmy o żarciu. Wtedy nie było anorektyczek i bulimistek. Były chude i tłuste. My, tancerki, musiałyśmy być chude.
- Jak będę stara - mówiłyśmy rozmarzone - to na śniadanie będę jadła trzy bułki grubo z masłem i z kiełbasą i do tego kakao z cukrem.
- A na obiad zupę ze śmietaną i z kluskami.
- Dwa talerze. I dużo klusek.
A inne tematy?
- Będę spała, aż się sama obudzę. W ogóle nie będę miała budzika.
Nasze wizje zawsze zaczynały się od tęsknego weschtnienia:
- Jak będziemy stare...
- Będziemy grube. Nie będziemy musiały się podobać.
- W ogóle nic nie będziemy musiały!
I właśnie to wspomnienie zaświtało mi siedemdziesiąt lat później. Młodzieńcze marzenia się spełniły.
Jestem stara i już nic nie muszę.

Co mi się głównie rzuca w oczy w tej biografii to obraz Jurandota, jakiego nie znalazłam w "Nie ma się..." - rozpieszczonego mamisynka kobieciarza. Stefania Grodzieńska mówi o tych cechach wprost (a ich córka jeszcze otwarciej ^^) ale się nie skarży, i czuć podziw i miłość, jaka łączyła pisarkę z mężem.
Na przykład taki obrazek:
Z gorliwością świeżej małżonki przyszykowałam obfite śniadanie, ładnie nakryłam do stołu. Zasiedliśmy do jedzenia. Zajęta przygotowywaniem sobie kanapki dopiero po chwili zwróciłam uwagę, że mój dopiero co poślubiony mąż siedzi bezradnie i nic nie je. Rozkroiłam bułeczkę i położyłam mu na talerzu. W duchu zachwyciłam się, że taki dobrze wychowany, nie zaczyna beze mnie.
- No, jedz - zachęciłam.
- Kiedy nie mogę.
- Dlaczego?
- Bo nieposmarowane.

Albo ze wspomnień córki:
Złościł mnie jego nieprzezwyciężony wstręt do jakichkolwiek zajęć domowych. Oczekiwał obsługi. Wracał do domu z jakiegoś spotkania towarzyskiego i bez względu na nasze zmęczenie, migrenę lub akcję filmu w tv ogłaszał (zawsze w tej samej formie):
- Kto ma ochotę zrobić mi herbatę?
Wkurzona, zawsze próbowałam obwieścić, że absolutnie nikt, ale nigdy nie zdążyłam. Mama już była w kuchni. Nie do wiary! Ten facet nigdy, ani razu, nie wziął sobie sam herbaty! Kiedy próbowałam robić mamie wymówki, odpowiadała:
- Jeśli ma się do czynienia z takim człowiekiem, to robienie herbaty naprawdę nie jest wysoką ceną.

Teraz zabieram się za Grodzieńskiej "Wspomnienia chałturzystki". *^v^*

środa, 12 listopada 2008

Z dziennika

O śmiertelnych chorobach nie pisze się książek, ludzie nie chcą o tym czytać, jakby sam fakt czytania o raku miał spowodować zarażenie się tą chorobą. Konieczność okresowych badań albo chociażby własnoręczne zbadanie piersi pod prysznicem jest odsuwane "na później", na "kiedy indziej". Jakby sam fakt niedotykania tematu świadczył o tym, że temat nie istnieje.

Mam guzek w piersi. Na szczęście po biopsji okazało się, że to niegroźna fibroadenoma, która od lat nie zmienia swoich rozmiarów, dlatego też nie decyduję się na razie na usunięcie operacyjne. Co nie zmniejsza mojego niepokoju, kiedy co 6 miesięcy robię kontrolne USG, ale nie uciekam od tych badań. I wiem, że gdybym znalazła się w sytuacji pani Krystyny, bez wahania podjęłabym taką samą decyzję - usunięcie piersi.

To bardzo źle, że przed przeczytaniem tej książki wiedziałam, że opowiada ona o roku z życia pani Krystyny Kofty, kiedy zachorowała na raka. Źle, bo od początku czekałam w napięciu, w jakimś takim rozedrganiu, jak na wyrok, kiedy wreszcie pojawi się pierwsza wzmianka o chorobie. A poczekać musiałam przez ponad 100 stron.

Co dziwne, kiedy wreszcie autorka dowiaduje się, że ma raka piersi i idzie na operację, uspokoiłam się i czytałam dalej bez poprzednich emocji, ale może to zasługa pani Krystyny, która chorobę znosiła bardzo dzielnie.
Książka została napisana w formie dziennika, zaczynamy w Sylwestra, i dzień po dniu towarzyszymy bohaterce do następnego Sylwestra. Co ciekawe, zapiski "sprzed momentu rozpoznania choroby" są dosyć sztywne, suche, zimne, dużo o polityce, cyniczne, a zapiski po operacji stają się dużo bardziej osobiste (co zrozumiałe) ale też cieplejsze, ciekawsze, mimo, że nie są wyłącznie radosne, więcej w nich człowieka. Dużo w nich bólu, cierpienia, ale też uśmiechu, prostych radości dnia codziennego, nadziei, małych zwycięstw od jednego badania krwi do drugiego, jednej chemii do drugiej.

Czy ten dziennik zostałby opublikowany, gdyby pani Krystyna ostatecznie przegrała walkę z rakiem? Czy pisałaby go, gdyby kolejne badania dawały złe wyniki? Nie wiem, ale wydaje mi się, że takiej osobie jak Krystyna Kofta musiało się udać, bo też ona sama nie dopuszczała do siebie myśli, że może być inaczej niż dobrze, a siła pozytywnego myślenia i gotowość do walki i stawiania czoła przeciwnościom (ciepienie fizyczne po chemii i psychiczna niepewność bliższego i dalszego jutra - możliwość przerzutów) niosły ją jak na skrzydłach i wspomagały jej rekonwalescencję.

Cytaty:
17 lutego, niedziela
Czytanie, śniadanie, pisanie, taka kolejność.
Potem, podczas pracy, gapienie się na zieleń, którą już widać, już jest inna niż zimowa. Niebo inne i ptaki przeczuwające wiosnę. Wyspokojenie organizmu.

- Mówić? - pyta pani doktor Monika N.
- Mówić. - odpowiadam.
- Ma pani raka. - Krótko i węzłowato.
- Czy jest złośliwy? - pytam bez sensu.
- Każdy rak jest złośliwy. - odpowiada pani doktor.

Gdy Bożena wyszła, siadłam w ogrodzie przy stole i zaczęłam myśleć o tym: Czy teraz jestem bardziej człowiekiem niż kobietą? Chyba nie tylko z tego powodu, że brak mi jednej piersi.

niedziela, 9 listopada 2008

Nie ma z czego się śmiać

Ależ śmiałam się, prawie cały czas! *^v^*
Oprócz oczywiście momentów, w których nie było za bardzo do śmiechu - kiedy czytałam o II Wojnie Światowej albo kiedy autorka opisuje chorobę i umieranie swojego męża, Jerzego Jurandota. Wtedy płakałam.

Mowa o książce "Nie ma z czego się śmiać" Stefanii Grodzieńskiej.
Twórczość pani Stefanii znałam dotychczas tylko z tekstów satyrycznych przypominanych przez Powtórkę z Rozrywki w Trójce, natomiast w swej ignorancji nie wiedziałam nic o jej działalności teatralnej (była współtwórcą teatru Syrena), konferansjerskiej, felietonistycznej. A już na pewno nie znałam jej pasji, fascynacji, i całej tej niesamowitej historii jej życia, która była udziałem wielu intelektualistów urodzonych na początku XX wieku, bo wszyscy oni się znali, trzymali razem i razem tworzyli - to pokolenie Dymszy, Tuwima, Jurandota, Brzechwy, Minkiewicza, Bielickiej, Kwiatkowskiej...

Pani Grodzieńska pisze ciekawie, zręcznie, pięknie. Dowcipnie i z przysłowiowym jajem, a jej styl bardzo przypomina pisanie innej mojej ulubionej autorki - Joanny Chmielewskiej (chociaż powinnam powiedzieć odwrotnie, bo Grodzieńska była pierwsza pokoleniowo *^v^*). Przez całą ksiażkę czytelnik ma wrażenie, że jest z nim prowadzony dialog, pełen faktów, ciekawostek, ploteczek, dygresji i aproposów. Nie można się od tej książki oderwać (odkładałam ją o drugiej w nocy, kiedy już dziubałam nosem kartki).

Wybrane cytaty (tylko dwa, mi najbliższe, bo jest ich tak wiele, że musiałabym przepisać całą książkę... ^^)

W żadnym wypadku nie można mnie nazwać "orłem kulinarnym". Orzeł kulinarny to nie ptak do zjedzenia na wzór bażanta, ale kura domowa, która potrafi takiego bażanta przyrządzić. Niech żadna prawdziwa Pani Domu nie poczuje się urażona, w moich ustach "kura domowa" to pełen podziwu komplement!

Szanuję tylko taką literaturę, w której każde słowo jest przemyślane i czemuś służy. Mogą to być kryminały, romansidła czy eseje, mogę się z autorami zgadzać lub nie, ale jeśli wierzę, że chcą mnie czymś zainteresować albo do czegoś przekonać, albo po prostu zabawić, czytam i przejmuję się tym, co przeczytałam. Nie cierpię być zalewana potokiem mowy, mającej za cel wyłącznie wykazanie mądrości, elokwencji i zasobu słów - czy to naukowych, czy angielskich, czy obscenicznych - autora. Takimi ksiażkami z radością rzucałabym o ścianę, gdybym rzucała ksiażkami o ścianę. A może to niezły pomysł? Taka terapia... Spróbuję i dam Ci znać.

czwartek, 9 października 2008

Zegar słoneczny

Kiedy atrakcyjna, niekonwencjonalna Róża Berczy umiera - jak twierdzą lekarze - na udar słoneczny, Leonie Kuyper, jej przyjaciółka, dziedziczy po Róży wszystko - w zamian za opiekę nad jej trzema kotami.

Taki jest początek powieści Maarten 't Hart "Zegar słoneczny".

Od samego początku polubiłam główną bohaterkę. Najpierw może dlatego, że książka zaczyna się zdaniem: "Róża zmarła, a ja nie wiedziałam, w co się ubrać na pogrzeb.", a ja też miałam pogrzeb tego lata i zupełnie nie wiedziałam, co mam założyć, po prostu generalnie nie mam zbyt wiele "pogrzebowych" ubrań w szafie, ot, takie pokrewieństwo garderobiane.

W miarę czytania Leonie okazuje się osobą, którą sama chciałabym mieć za przyjaciółkę - nie dość, że nie rzuca się zachłannie na pozostawiony jej wielki spadek, to oczywiście z troską zajmuje się kotami Roży i angażuje się w rozwikłanie zagadki śmierci przyjaciółki, bo w udar słoneczny nie wierzy od samego początku (zresztą słusznie).

Wątki detektywistyczne poprowadzone są zgrabnie a czytelnik wraz z główną bohaterką są po kolei naprowadzani na różne tropy i nie ma sytuacji, w której czytający od połowy książki wie, kto zabił, a bohaterowie powoli zmagają się z zagadką. Ciekawie jest też przedstawiony portret psychologiczny Leonie, która dla potrzeb śledztwa niekiedy przy pomocy ubrań, akcesoriów, makijażu przeobraża się w swoją zmarła przyjaciółkę (były bardzo podobne), i obserwujemy, jakie zmiany zachodzą wtedy w tej kobiecie, co jej się podobało w Róży a czego nie lubi w sobie, i jak daje sobie z tym radę.

Interesująca lektura na jesienne popołudnie przy herbacie i konfiturach (tym bardziej, że pogoda w Holandii nawet latem wydaje się być podobna naszej obecnej aurze ^^). Cieszy mnie, że moje pierwsze spotkanie z holenderskim pisarzem było takie przyjemne.

środa, 8 października 2008

Londyn - Nigdziebądź

Całkiem przypadkowo, bo nie miałam w planach, zabrałam się za odwiedzenie kolejnego miasta, a był to Londyn.

Jednak nie Londyn taki, jaki znamy, Nad, ale Londyn Pod, zrodzony w wyobraźni Neila Gaimana w książce "Nigdziebądź".

Powieść ta jest nieco schematyczna - główny bohater ma trochę nijakie życie, i nagle pewnego dnia spotyka go coś fantastycznego (od fantastyki, ale niekoniecznie od czegoś super, wspaniałego), i jego losy kierują się na zupełnie nowe, nieznane, niesamowite tory. Poznaje całą galerię niesamowitych postaci i wikła się w ratowanie pewnej młodej osóbki, oraz własnej skóry, bo ta bywa chwilami w niezłych tarapatach.

Richard w końcu powraca do znanego mu, rzeczywistego świata, ale potem... Niestety końcówka jest bardzo łatwa do przewidzenia. Czuć, że jest to pierwsza książka tego autora (wcześniej napisał "Dobry Omen" z Terrym Pratchettem), jest jeszcze "niedotarty" literacko, przynajmniej w tej formie wyrazu, jednak powieść czyta się gładko i zaciekawia na tyle, że po skończeniu każdego rozdziału ma się ochotę na przeczytanie "tylko jeszcze tego następnego, a potem odkładam książkę i wreszcie idę spać." *^v^*
"Amerykańscy bogowie" bardziej mi się podobali, jednak "Nigdziebądź" jest lekturą przyjemną i na pewno wartą przeczytania, jeśli chce się poznać spektrum twórczości Neila Gaimana.

piątek, 26 września 2008

Hipopotam

Cóż za rozczarowanie!...

Mowa o książce Stephen'a Fry'a "Hipopotam". Kiedy znalazłam ją na bibliotecznej półce, bardzo się ucieszyłam, bo Fry to jeden z moich ulubionych brytyjskich aktorów, może znacie go np.: z roli w "Absolute Power". Jednak kiedy zaczęłam czytać tę powieść, przekonałam się, że czasami lepiej nie poznawać biografii, poglądów politycznych albo właśnie innej twórczości ulubionych aktorów...

Bohaterem "Hipopotama" jest dziennikarz prasowy, właśnie zwolniony z pracy. Jest chamem, gburem i cynikiem - trudno mi go inaczej scharakteryzować, a niestety autor uczynił go jednocześnie bohaterem jak i narratorem, więc narracja, mimo, iż zgrabna, prowadzona jest językiem chwilami rynsztokowym.

Nie to, żebym była taki delikates, ale nie widzę żadnego sensu w tworzeniu takiej postaci, o takim charakterze i języku. To znaczy, prawdopodobnie tacy ludzie istnieją i otaczają mnie w życiu codziennym, ale ja raczej staram się nie wchodzić z nimi w żadne interakcje, tak, jak nie zamierzałam kontynuować mojego obcowania z książka Fry'a dłużej niż dwadzieścia kilka stron, bo tak nagły zalew cynizmu i męskiego szowinizmu mnie zakrztusił i zniesmaczył.

wtorek, 23 września 2008

Krzesło Hemingwaya

Czytając "Krzesło Hemingwaya" Michael'a Palin'a czułam się, jakbym oglądała serial na BBC Prime o słodkiej sielankowej brytyjskiej prowincji. *^v^* Każda z postaci jest wspaniale przedstawiona, zarówno z wyglądu, jak i z zachowania a mamy tu cała galerię typowych mieszkańców małych angielskich miasteczek - burmistrz, miejscowy biznesmen, pastor, lokalni lord i lady (chociaż w ksiażce pokazuje się tylko ona), dyżurny emeryt, miejscowy przedsiębiorca spożywczy.

Głównym bohaterem jest Martin Sproale, pracownik poczty, zagorzały wielbiciel Hemingway'a. Powiem szczerze, że od początku wydał mi się nudziarzem i nieudacznikiem... Mimo 30 lat nadal mieszka z matką, jest w 200 procentach oddany swojej pracy w okienku na poczcie, a jego życie składa się z rutynowo powtarzanych czynności i zdarzeń.

Kiedy jego przełożony przechodzi na emeryturę, a on nie dostaje wyczekiwanego awansu na kierownika poczty, życie Martina nabiera nowego kierunku i pędu - z górki na pazurki. Początkowo daje się omamić nowemu błyskotliwemu szefowi, na rzecz którego traci swoją potencjalna narzeczoną i nawet daje się namówić na nieczystą grę w stosunku do swojego miejsca pracy. Potem obserwuje, jak rzeczywistość dookoła niego zmienia się nieubłagalnie, a on, mimo szczerych wysiłków, nie jest w stanie nic na to poradzić. Jego świat rozpada się na jego oczach, a on sam stacza się coraz niżej...

Nie zdradzę zakończenia, chociaż według mnie w pewnym momencie książki staje się przewidywalne. Od początku nie polubiłam głównego bohatera, może dlatego, że nie lubię Hemingway'a, a to idol Martina i z każdym rozdziałem coraz bardziej się do niego upodabniał. Jednak powieść napisana jest świetnie, chwilami nie mogłam się od niej oderwać i czytałam "jeszcze tylko jeden rozdział" o 2 w nocy, więc z czystym sumieniem polecam! *^v^*

czwartek, 7 sierpnia 2008

Praga - Nieznośna lekkość bytu

"Nieznośna lekkość bytu" Milana Kundery nie ma w sobie nic z lekkości lektury.

Po pierwsze, jest to książka o miłości. Teresa kocha Tomasza, Tomasz kocha Teresę, ale jednocześnie ma wiele kochanek, w tym najlepiej poznajemy Sabinę, która z kolei obdarza uczuciem Franza, który też się w niej zakochuje i zostawia dla niej niekochaną żonę, jednak Sabina od niego odchodzi, a Franz zaczyna życie z młodziutką kochanką studentką. Tak w skrócie strywializowana treść książki jawi się niczym brazylijska telenowela, na szczęście u Kundery wszystkie te związki mają bogate postawy psychologiczne, wynikające z uwarunkowań terytorialnych, społecznych, psychicznych. Jak w prawdziwym życiu - nic nie jest proste a każdy człowiek ma drugie i trzecie dno.

Po drugie, jest to książka której akcja rozgrywa się w roku 1968, kiedy Rosjanie wkroczyli do Czech, i pokazuje, co wtedy działo się na ulicach Pragi przez pierwsze siedem dni okupacji, a następnie przez kolejne lata, zarówno w Czechach jak i za granicą. Spotykamy buńczuczne i zadziorne, ale w gruncie rzeczy strachliwe, bezsilne i bierne grono czeskich artystów na emigracji w Szwajcarii. Widzimy, jak społeczeństwo zachodnie reaguje na wydarzenia rozgrywające się prawie tuż pod ich nosem. Wreszcie żyjemy w okupowanych Czechach - państwie policyjnym, państwie donosicieli, w którym społeczeństwo zostało złamane i sprowadzone do poziomu bezwolnych zastraszonych marionetek, a specjaliści, tzw. inteligencja zostaje zdegradowana do ról pracowników fizycznych.
Jest to dla mnie obraz bardzo wstrząsający, bo kiedy w Polsce działy się takie rzeczy, to albo nie było mnie jeszcze na świecie, albo byłam zbyt mała, żeby to świadomie odczuć.

Nie ma tutaj zbyt wiele obrazów Pragi, bo nie miasto jest bohaterem tej książki, tylko ludzie, a ich związek z Pragą nie określa ich w żaden sposób.

Cytaty, które zapadły mi w pamięć.
Ale czy ciężar jest naprawdę straszny, a lekkość wspaniała? Najcięższe brzemię nas powala, przyciska do ziemi, upadamy pod nim. Ale w poezji miłośnej wszystkich wieków kobietra pragnie być obciążona brzemieniem męskiego ciała. Najcięższe brzemię jest jednocześnie obrazem najintensywniejszej pełni życia. Czym cięższe brzemię, tym nasze życie bliższe jest ziemi, tym jest realniejsze i prawdziwsze.
W przeciwieństwie do tego całkowity brak brzemienia sprawia, że człowiek staje się lżejszy od powietrza, wzlatuje w górę, oddala się od ziemi, od ziemskiego bytowania, staje się na wpół rzeczywisty, a jego ruchy są tyleż swobodne co pozbawione znaczenia.
Cóż więc mamy wybrać? Ciężar czy lekkość?
Nie ma żadnej możliwości, by sprawdzić, która decyzja jest lepsza, bo nie istnieje możliwośc porównania. Człowiek przeżywa wszystko po raz pierwszy i bez przygotowania. To tak, jakby aktor grał przedstawienie bez żadnej próby. Cóż może być warte życie jeśli pierwsza próba już jest zyciem ostatecznym? Dlatego życie zawsze przypomina szkic. A nawet szkic nie jest właściwym określeniem, bo szkic jest zawsze zarysem czegoś, przygotowaniem do obrazu, gdy tymczasem szkic, jakim jest nasze życie, jest szkicem bez obrazu, szkicem do czegoś, czego nie będzie.
Jest to książka piękna, smutna, madra, trudna, dająca dużo do myślenia, wielowymiarowa, prawdziwa. Czuję, że nie potrafię jej dobrze zrecenzować, po prostu trzeba ją przeczytać samemu.

środa, 30 lipca 2008

Sztokholm - Zima w Sztokholmie

Oj, powiało mi tą zimą w środku lata, powiało. Ale nie tylko ze względu na miejsce akcji książki "Zima w Sztokholmie" Agnety Pleijel.

To książka smutna, zimna, i byłaby taka nawet, gdyby jej akcja toczyła się w tropikach. Dzieje się tak z dwóch powodów.

Po pierwsze, autorka pisze w charakterystyczny typowo skandynawski sposób - zdawkowy, oszczędny, krótkie urywane zdania. Cała narracja jest prowadzona tak, jakby czytelnik przerzucał kolejne slajdy z rzutnika, zatrzymując się przy każdym na chwilę, i już przeskakując do następnego. Nie ma opisów, nie widzimy szczegółów. Miasto też pokazane jest w kilku słowach, w migawkach.
W taki sposób spotykamy się z tym miastem po raz pierwszy:
Sztokholm w listopadzie:
miasto arktyczne, pod żaglem, szarobure niebo, domy odwrócone do góry nogami, powoli zanurzające się w wodzie. Krótka, gorączkowa purpura w szczelinie między ciemnością ziemi i nieba. Blade światła neonu za oknami autobusu, patetyczne wykrzykniki. W listopadzie Sztokholm jest nie do opisania, żałobna wędrówka ku zimie.
Autorka niezbyt wylewnie zapoznaje nas ze Sztokholmem - czasami wtrąca zdanie lub dwa.
Pod skrzydłem samolotu zobaczyłam swoje rodzinne miasto, jak żyrandol mieniace się w ciemności. Opasane sznurem pereł, skrzącą się urodą autostrad.

Źródło: Wikipedia
Woda w Strommen czarna jak atrament. Obok gmachu opery natarczywe kaczki pływały tam i z powrotem wśród ogłuszającego kwakania. Było zimno.
Czekali na windę po spacerze wzdłuż Skeppsbron, gdzie zgiełkliwy ruch ulicy uniemożliwiał rozmowę. Jaskrawe cytrynowożółte smugi światła wciąż widoczne były nad Lidingo. patrzyli jak gasną. Z mostu widzieli mieniacą się wodę miasta.
Zima Ringvagen staje się wietrzną trasa przelotową, przez nikogo nie lubianą.
Źródło: Stephen Carson
Cienkie pasemka śniegu, białe i przezroczyste, niespokojnie przecinały ulicę, wzbijając się w górę. W oddali, za bezlistnymi drzewami parku, widac było szare budynki Hornsgatan, jeszcze dalej prostą wieżę kościoła Hogalid, w a kierunku północno-zachodnim, na tle nieba - sylwetkę ratusza.
Zatoka Arstaviken pokryła wodę cienką warstwa lodu, mieniaca się błękitem. Nadbrzeżna trzcina zastygła w lodzie. Środkiem zatoki przebiegał tor wodny.
Ale jest też drugi powód, dla którego ta książka mrozi i wyziębia - opowiada ona o relacjach damsko męskich, o stosunkach między rodzicami i dziećmi, o toksycznych rodzicach, o toksycznych związkach, o potrzebie posiadania dzieci z ukochanym mężczyzną, który ich nie chce, a jednocześnie robi dziecko swojej kochance, o niedorastaniu do oczekiwań neurotycznej matki, o zakłamanych pozornie szczęśliwych rodzinach, o życiu w ciągłym poczuciu winy w stosunku do każdego, a najbardziej do samej siebie.
Nie ma w tej książce ani jednego normalnego szczęśliwego związku...
Na plaży poniżej widzieli inna parę. Mężczyzna leżał na plecach; podpierając sie na łokciach, skierował wzrok w dal. Kobieta przykucnęła obok niego. Przy stopach zebrała niewielki stos kamieni. Spojrzawsze na mężczyznę, wrzuciła kamień do wody. Wzrok mężczyzny powędrował w kierunku amerykańskiego kontynentu. Kobieta, zerkając w jego stronę, ponownie wrzuciła kamień do wody. Żadnej reakcji w sztywnym karku mężczyzny. kobieta siedziała przez chwile bez ruchu, ze spuszczonymi ramionami, po czym wybrała nowy kamień, większy tym razem i spojrzawszy na mężczyznę spod grzywki, wrzuciła kamień do morza. Chlupnął i bryzgnął wodą. Mężczyzna w prowokacyjny niemal sposób nie zwracał na nią uwagi. Co się działo? Prowadzili swojego rodzaju rozmowę. Tak rozmawiają mężczyźni i kobiety, pomyślała, obserwując ich.

Wymroziła mnie i wymęczyła ta książka. Prawdopodobnie taki jest jej cel i została bardzo dobrze skonstruowana. Trudno mi się z niej otrząsnąć.