Pokazywanie postów oznaczonych etykietą USA. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą USA. Pokaż wszystkie posty

środa, 16 czerwca 2010

Ostatnia noc w Twisted River

Lubię prozę Irvinga, bo pisze tak, że nie chce się odłożyć książki na później, tylko trzeba koniecznie przewrócić jeszcze jedną kartkę, i następną, bo musimy się dowiedzieć, co się dalej wydarzy.

Tak jest oczywiście w jego najnowszej powieści, "Ostatnia noc w Twisted River", której akcja toczy się na przestrzeni 50 lat i kilku pokoleń bohaterów. Postaci są barwne, żywe, intrygujące, aż czasami żal, że autor zdecydował się poświęcić niektórym bohaterom i scenom tylko tyle słów, tyle kartek, bo chciałoby się wejść głębiej w wydarzenia i emocje, a pokazano nam niewielki wycinek.
To książka o ojcach i synach, o miłości w jej różnych odmianach, wreszcie o pisarzu i pisarstwie, o procesie twórczym. To też powieść drogi, chociaż nie w klasycznym rozumieniu, w rozumieniu dosłownym jak i metaforycznym drogi ludzkiego losu.
Polecam!

piątek, 16 października 2009

A co ciebie obchodzi, co myślą inni?

Czy wiecie, że liczb jest dwa razy tyle co liczb? *^v^*
Dla każdej liczby istnieje odpowiednia dwa razy większa i jedna trzy razy większa. Jest nawet taka milion razy większa.
(...) a pojęcie mnożenia bez ograniczeń i brak największej liczby nazywa się "nieskończonością".
"A co ciebie obchodzi, co myślą inni?" to druga książka opowiadająca o życiu Richarda P. Feynmana i stanowi świetnie uzupełnienie pierwszej pozycji. Poznajemy w niej przede wszystkim ojca Feynmana i możemy zrozumieć, w jaki sposób ukształtował się człowiek żądny wiedzy, inteligentny, nie bojący się zadawać pytania i drążyć daną kwestię w poszukiwaniu odpowiedzi.

- Niemożliwe! - odrzekłem, nie zastanawiając się, że poddaję w wątpliwość słowa wielkiego Kartezjusza. (Była to reakcja, której nauczyłem się od mojego ojca: pozbądź się wszelkiego szacunku dla autorytetów, zapomnij, kto to powiedział, zamiast tego popatrz, od czego wychodzi, a na czym kończy, i zapytaj siebe samego: "Czy to ma sens?").
Feynman opowiada też o wielkiej miłości swojego życia, żonie Arlene, która jako młoda dziewczyna ciężko zachorowała na gruźlicę i zmarła, zanim zdążyli nacieszyć się swoim krótkim małżeństwem. Arlene była bardzo silna psychicznie, mądra i dowcipna, i mimo swojego cierpienia zawsze starała się potrzymywać Richarda na duchu, nie pozwalając mu się poddawać żadnym konwenansom - przypominała mu zdanie, które wcześniej sam często powtarzał:
Ja uważałem, że powinno się postępować zgodnie z dewizą: "A co ciebie obchodzi, co myślą inni!"
- Powinniśmy wysłuchac opinii innych ludzi i brać je pod uwagę. Jeżeli opinie okażą się bez sensu, a my stwierdzimy, że oni nie mają racji, to nie ma sprawy!

Druga część książki opowiada o udziale Feynmana w komisji badającej powody katastrofy Challengera i po lekturze tego rozdziału miałam wrażenie, że jedynym członkiem komisji, który rzeczywiście rzetelnie wykonał swoją robotę i naprawdę chciał wyjaśnić, dlaczego prom kosmiczny się rozbił i zginęli ludzie, był właśnie Feynman...

Ostatnią składową ksiązki jest przemówienie "Wartość nauki", wygłoszone przez Richarda Feynmana podczas jesiennej sesji National Academy of Sciences w 1955 roku. Kończy się ono takim akapitem:
Naszą powinnością - jako naukowaców, świadomych wielkiego postępu, którego źródłem jest odpowiednia filozofia niewiedzy, wielkiego postępu, który jest owocem wolności myśli - jest głosić wartość tej ostatniej i uczyć, że wątpliwości nie należy się obawiać, lecz życzliwie je przyjmować i omawiać, domagając się takiej wolności jako naszego obowiązku względem przyszłych pokoleń.



poniedziałek, 12 października 2009

Pan raczy żartować, panie Feynman!

Wielkie umysły tego świata nie wzięły się znikąd, nie pojawiły się znienacka w dorosłej postaci, żeby zaprezentować światu genialne pomysły i rozwiązania problemów, i zgarnąć nagrodę Nobla czy szereg innych nagród. Tak jak my wszyscy, urodzili się, dorastali, byli dziećmi, nastolatkami, studiowali, bawili się i pracowali.

I o tym właśnie opowiada ksiażka "Pan raczy żartować, panie Feynman!", gdyż jest to zbiór wspomnień z dzieciństwa, młodości i dorosłego życia genialnego fizyka noblisty Richarda E. Feynmana, który jawi się nam jako postać niesamowicie barwna, ciekawa życia, logicznie myśląca i empirycznie sprawdzającą swoje pomysły. Feynman był ciekawskim dzieciakiem, który większość czasu spędzał w swoim domowym laboratorium, gdzie konstruował dzwonki alarmowe, obwody elektryczne, rozkładał najróżniejsze urządzenia na części pierwsze, żeby poznać ich działanie.
Nie majstrowałem tyle, ile bym chciał, bo mama stale wyganiała mnie na dwór, żebym się bawił.
To zdanie najlepiej oddaje jego naturę badacza.
Dorastając, pogłębiał swoją wiedzę i odkrył pierwszą wielką miłość swojego życia - matematykę. Przeprowadzał dowody różniące się od tych w podręcznikach i wymyślał własne symbole matematyczne, bardziej pasujące mu do charakteru danej funkcji.
Uważałem, że moje symbole nie są gorsze, a może nawet lepsze od normalnych.
Stąd była już prosta droga do fizyki i do nagrody Nobla. *^v^*

Feynman zawsze był pełen pomysłów, racjonalizował otaczającą go rzeczywistość z różnym skutkiem i zrozumieniem ze strony otaczających go ludzi, rozkładał wszystko na czynniki pierwsze i badał, chcąc poznać naturę rzeczy. Nie było dla niego dziedzin, których nie ogarniał, a na pewno starał się zawsze wypracować metodę obcowania z różnymi zjawiskami i dziedzinami nauki, ale nie tylko, bo m.in. nauczył się rysować i z powodzeniem wystawiał swoje obrazy. Jego wspomnienia burzą nasze stereotypowe postrzeganie naukowca jako zamkniętego w pracowni mruka i samotnika. A przede wszystkim wierzył w potęgę nauki i logicznego myślenia.

Jest coś niedobrego z ludźmi: nie uczą się przez zrozumienie, tylko jakoś inaczej, pewnie na pamięć. Ich wiedza jest taka krucha!

Von Neumann dał mi pod rozwagę następujący pomysł: że nie trzeba czuć się odpowiedzialnym za świat, w którym się żyje. Skutkiem jego porady rozwinąłem w sobie bardzo silny zmysł społecznego tumiwisizmu. Od tej pory jestem bardzo szczęśliwym człowiekiem.

Zawsze byłem taki narwany,: kiedy rozmawiałem o fizyce, nigdy nie pamiętałem, kim mam do czynienia. Jeśli pomysł wydawał mi się błędny, mówiłem, że wydaje mi się błędny. Jeżeli wydawał mi się słuszny, mówiłem, że wydaje mi się słuszny. Prosta zależność.
Zawsze taki byłem. Jest to miłe i przyjemne - jeśli ktoś potrafi się na to zdobyć. Mam w życiu to szczęście, że potrafię.

poniedziałek, 22 września 2008

Bogowie

Kompletnie zapomniałam zrecenzować drugą książkę, którą przeczytałam na urlopie, mianowicie powieść "Amerykańscy bogowie" Neil'a Gaiman'a. *^v^*

Kupiliśmy ją na lotnisku, już po odprawie bagaży, i tę niezłą ciegiełkę (608 stron) trzeba było tachać w plecaczku podręcznym. Mimo objętości, najpierw Robert połknął ją w kilka dni, a potem ja się do niej dorwałam, po skończeniu "cegły" Pamuka. ^^

Nie będę pisać o fabule, bo nie chcę psuć Wam przyjemności jej odkrywania, zdradzę tylko, że akcja znowu dzieje się zimą (tak, jak "Śniegu" Pamuka, ciekawie czyta się o mrozie i śniegu leżąc na rozgrzanym piachu nad brzegiem morza, w pełnym słońcu! ^^).

Jest to powieść drogi w najlepszym wydaniu, uwielbiam tak podróżować z bohaterami, szczególnie po Ameryce, zatrzymywać się w motelach, jadać w przydrożnych knajpkach, wsiąść w autobus Greyhound'a, na kolejnych stronach poznawać w drodze nowych ludzi.

Bardzo podoba mi się też spojrzenie autora na relacje między człowiekiem a bogiem, jest bardzo bliska moim przekonaniom na ten temat.
To porządny kawałek literatury, a na 41 stronie jest smakowity przepis na chilli! *^v^*

poniedziałek, 18 sierpnia 2008

Nowy Jork - Wielki Gatsby

Jechaliśmy przez wielki most, słońce między przęsła rzucało migotliwe smugi światła na pędzące samochody, a za rzeką rosło miasto w białych bryłach i kostkach cukru, miasto zbudowane z pragnień, za pieniądze, które nie cuchną. Nowy Jork widziany z mostu Queensboro jest zawsze miastem widzianym po raz pierwszy, z jego pierwszą, szalona zapowiedzią wszystkich cudów i pięknego świata.
Tak wyglądał Nowy Jork lat 1920-tych zza szyb luksusowego samochodu Jay'a Gatsby'ego, jednak naszemu głównemu bohaterowi książki "Wielki Gatsby" F. Scotta Fitzgeralda, Nickowi Carraway, nie dane jest tym samochodem podróżować codziennie, ponieważ niestety nie jest zbyt zamożny. Jednak udaje mu się wynająć domek na modnych przemieściach Nowego Jorku i w ten sposób staje się sąsiadem obrzydliwie bogatego Gatsby'ego i wtapia się w jego towarzystwo.

Nie chcę psuć Wam przyjemności samodzielnego odkrywania kto jest kim w tej książce, jednak przytoczę słowa, które są kwitesencją tego, co autor chciał pokazać w "Wielkim Gatsbym":
Nie mogłem przebaczyć mu ani czuć do niego sympatii, lecz wiedziałem, że uważa swoje postępowanie za całkiem usprawiedliwione. Ileż w tym wszystkim było lekceważenia, niedbalstwa i zamętu! Nie przejmowali się niczym, (...), niszczyli rzeczy i ludzi, a potem wracali do stanu absolutnej beztroski, do swoich pieniędzy, do tego wszystkiego, co trzymało ich razem, i piwo, którego nawarzyli, kazali pić innym...
To historia o głupich pustych bogatych kobietach, o zaprzepaszczonej szansie na wielką romantyczną miłość, o ludzkiej obłudzie i pasożytowaniu na powodzeniu innych, o niszczącej sile pieniądza.

Źródło: Wikipedia

Nie widziałam ekranizacji tej powieści, ale ksiażka jest bardzo plastyczna (chociaż nie ma w niej dużej ilości opisów miasta), i Nowy Jork czuć wyraźnie na każdej stronie, głównie poprzez opisy, zachowanie i odczucia bohaterów.
O szarej godzinie, w tym pełnym czarów mieście, odczuwałem niekiedy wzbierającą samotność i czułem ją w innych - biednych, młodych urzednikach, którzy snuli się przed wystawami aż do samotnej kolacji w knajpie - w tych młodych urzędnikach, marnujących o zmierzchu najcenniejsze chwile nocy i życia.
Źródło: Wikipedia

Na zakończenie, ostatnie zdanie z powieści:
Tak oto dążymy naprzód, kierując łodzie pod prąd, który nieustannie znosi nas w przeszłość.

środa, 7 maja 2008

Miłość ponad czasem

W 2007 roku pojawiło się na rynku nowe wydanie tej książki zatytułowane tak jak orginał "Żona podróżnika w czasie", natomiast ja trafiłam na poprzednie, z 2003, pod tytułem "Miłość ponad czasem" autorki Audrey Niffenegger.
(tłumacz nie do końca mógł się chyba zdecydować na tytuł, w podziękowaniach na końcu książki pisze: "(...) którzy pomogli mi napisać i opublikować 'Czas odmierzany miłością'.")

"Henry, bibliotekarz z Chicago, jest zaburzony ... chronologicznie. Nie ma wpływu na to, gdzie i kiedy zniknie o raz w jakim miejscu i czasie się pojawi. Swoją przyszłą żonę, Clare, spotyka w wieku 36 lat, gdy ona jest małą dziewczynką. Potem bywa od niej młodszy i starszy, bo Clara dorasta "normalnie". Jakimś cudem udaje im się wziąć ślub, lecz wspólne życie obfituje w nieoczekiwane wypadki, a miłość narażona jest na ciężkie próby." merlin.pl

To byłaby taka fajna ("fajna" jest to celowo dobranym określeniem) amerykańska historia obyczajowa, taka dobra na ekranizację, z parą jakichś dobrych aktorów i ładnymi obrazkami w tle.
Tylko zupełnie nie rozumiem, po co autorce ten pomysł z przenoszeniem się w czasie głównego bohatera. Bez tego ta książka nadal byłaby całkiem niezłym kawałkiem beletrystyki. A tak jest trochę wydumana, ten element tutaj nie pasuje, zgrzyta mi, jest tak wciśnięty na siłę rodem z hollywoodzkich produkcji.

Nie odłożyłam tej książki po 1/4 tylko dlatego, że po pierwsze: była z biblioteki, i chciałam już oddać tę partię lektur i wziąć nowe, po drugie: pomyślałam, że to przecież musi czemuś służyć i do czegoś prowadzić, więc może się dowiem, jak poczytam dalej. No i się nie dowiedziałam, autorka jakoś zapięła elementy akcji, ale ja nadal nie czułam w tej ksiażce wielkiej miłości, którą ma niby opisywać. Może nie dla mnie romansidła? *^v^*

Nie zrozumcie mnie źle - uwielbiam literaturę sci-fi i fantasy, naczytałam się tego w życiu bardzo dużo i umiem docenić perełki tego gatunku, natomiast tutaj mamy współczesną obyczajówkę z dodanym nie wiadomo po co elementem rodem z sci-fi. W mojej ocenie ta lektura, przeredagowana zasługiwałaby na mocną czwórkę, a tak wywołuje u mnie duży znak zapytania...

A jednak znalazłam coś, co jest mi bliskie w tej powieści, to znaczy kilka słów o ukochanej głównego bohatera, do której jestem trochę podobna. *^v^*
"Najtrudniejszą lekcją jest upodobanie Clare do przebywania w samotności. Czasami, kiedy wracam do domu, wydaje się rozdrażniona; przerywam jej tok myśli, wdzieram się do rozmarzonej ciszy dnia. Czasami widzę na jej twarzy wyraz, który przypomina zamknięte drzwi. Chowa się do pokoju swego umysłu i siedzi tam, robiąc na drutach. Odkryłem, że Clare lubi być sama."

"Kiedy kobieta, z którą mieszkasz, jest artystką, każdy dzień jest niespodzianką. Clare przemieniła druga sypialnię w gabinet cudów, pełen małych rzeźb i rysunków, które zajmują każde wolne miejsce na ścianie. Zwoje drutu i rolki papieru wypełniaja półki i szuflady."