Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zysk i S-ka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zysk i S-ka. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 9 września 2010

Inna wersja życia

Kompletnie nieprzespana noc a potem dzień, w trakcie którego każda wolna chwila była spędzona z książką, i nie tylko spędzona, ale rozciągnięta z chwili do powtarzającego się "jeszcze tylko jeden rozdział". ~^^~

Pisarstwo Hanny Kowalewskiej kocham od pierwszej części cyklu o Matyldzie i Zawrociu, ale cieszę się, że każda kolejna powieść pokazuje nam jak pięknie rozwija się i dojrzewa talent literacki pani Kowalewskiej. Nie zawiodłam się też na najnowszej części, "Inna wersja życia", w której Matylda rozwiązuje zagadkę ze swego dzieciństwa, a przez to poznaje swoją historię, dokopuje się do prawd bolesnych, ujawniających ciemne strony i sprawy, które lepiej było pozostawić w niepamięci. Ale czy na pewno?

Matylda już taka jest, że rozgrzebuje stare rany i ja czytając tę książkę zastanawiałam się, jak postąpiłabym na jej miejscu? Chyba też bym szukała, bo mimo to, że prawda często "dowala, a nie wyzwala" (cytat z książki), ciekawość pchałaby mnie do poszukiwań i drążenia tematu, żeby dowiedzieć się więcej o sobie i mi najbliższych, a przez to lepiej zrozumieć dlaczego jestem taka, jaka jestem i dlaczego moje stosunki z bliskimi układają się tak a nie inaczej. Nie do końca utożsamiam się z bohaterką we wszystkich jej działaniach, chwilami ja byłabym bardziej radykalna, a chwilami podziwiam ją za odwagę lub umiejętność ustąpienia pola i wyciągnięcia ręki jako pierwsza.

Mimo, że "Inna wersja życia" dopiero co zeszła z maszyny drukarskiej, ja już czekam na kolejne powieści Hanny Kowalewskiej, bo wierzę, że w życiu Matyldy jeszcze niejedna tajemnica czeka na odkrycie i wyjaśnienie.

środa, 16 czerwca 2010

Zupy na każdy dzień roku

Uwielbiam zupy! Nie mogłam więc przeoczyć książki, która podaje przepisy na 365 zup. *^v^*
(nie wiem, czy jest ich tyle, nie chce mi się liczyć, ale jest ich rzeczywiście dużo)

Nawet po pobieżnym przejrzeniu zawartości wiem, że to strzał w dziesiątkę, autorka zebrała bowiem wielką różnorodność zup z całego świata. Zgrabnie podzieliła je na kategorie - np.: rosoły, żury, barszcze, kapuśniaki, mamy chłodniki, mamy zupy mięsne i bezmiesne, rybne i grzybowe, owocowe (tych nie jadam, kompot to ja poproszę bez makaronu, w kubku ~^^~), a nawet dietetyczne. I coś dla takich osób, jak moja mama, która samą zupą się nie naje - sycące zupy niczym dania jednogarnkowe.

Zamierzam wypróbowywać przepisy zawarte w tej książce, a wybór jest niesamowicie bogaty - no bo jak tu zdecydować, co zrobić dziś na obiad, kiedy możemy wybrać rosyjski rosół z kury z szafranem, żurek żeniaty, włoską mille fanti, solankę, turkmeńską kiufta-szurpę, węgierską halaszle, czerninę, "oszwabkę", "neapolitankę", kalteszal, chłodnik aszchabadzki, czy wreszcie zwykłą pomidorową, ogórkową, krupnik. ~^^~

Zupy są wygodnie spisane według kategorii i alfabetycznie według nazwy, więc na pewno z łatwością znajdziemy każdą z nich. Nie jest to album ilustrowany pięknymi zdjęciami na papierze kredowym, tylko książka w formacie A5, w miękkich okładkach, ale uważam to za plus, gdyż ma wygodną poręczną wielkość w sam raz na kuchenną półkę, a przy tym nie kosztuje majątku jak kulinarne wydania albumowe. Ja już się cieszę na poznawanie nowych zup i odświeżanie przepisów tych znanych i lubianych!

poniedziałek, 29 marca 2010

Król krzywego zwierciadła

"Stanisław Bareja. Król krzywego zwierciadła" Macieja Replewicza to biografia reżysera wspaniałych komedii, ale biografia specyficzna. Nie znajdziemy tutaj wielu szczegółów z prywatnego życia bohatera, natomiast w skrupulatny sposób opisano w nim drogę filmową reżysera.

Książka zaczyna się od krótkiego rozdziału poświęconego dzieciństwu i młodości Barei, jednak szybko przechodzimy do edukacji filmowej a kolejne rozdziały to analiza poszczególnych filmów tego reżysera na tle czasów, w jakich powstawały, i to jest w tej książce najbardziej interesujące. Dla mnie, osoby niezwiązanej z przemysłem filmowym, a w latach 70-tych będącą jeszcze berbeciem, jest to niezła lekcja społecznej historii najnowszej naszego kraju.
Bardzo polecam!



Myślą, która pozostaje w czytelniku po przeczytaniu tej biografii jest ta, jaka została wyrażona przez autora na początkowych stronach opowieści o słynnym reżyserze:

Na przekór dominującemu nurtowi, filmom Hasa, Kawalerowicza i Wajdy, chciał bawić i rozśmieszać. Bez metafizyki i mistycyzmu. Bez wnikliwych analiz ludzkiej psychiki. Bez dramatycznych rozliczeń z wojenną przeszłością. Stanisław Bareja od zawsze chciał realizować komedie, mając świadomość, że to trudny i niewdzięczny wybór. W oczach krytyków, przy utytułowanych filmach kolegów, każda komedia była na przegranej pozycji. Często mawiał: "Na komedię trzeba mieć dziesięć razy więcej pomysłów niż na dramat." Dwadzieścia dziewięć lat później, na pytanie o pokusę realizacji "poważnego filmu" odpowie:
"Mój pierwszy film był komedią, etiudy, które kręciłem w szkole też były komediami. Takie już mam usposobienie, że nie chcę się do niczego zmuszać."


czwartek, 18 marca 2010

Przejażdżka po Rosji

W Rosji byłam tylko raz w życiu, w latach 80-tych z wycieczką szkolną. Moje ówczesne wspomnienia pokrywają się częściowo (jako licealistka nie miałam aż takich kontaktów z rosyjską rzeczywistością i jej absurdami, ale i tak się naoglądałam i nasłyszałam...) z doświadczeniami bohatera książki Andrzeja Wróblewskiego "Przejażdżka po Rosji", Marka. Co śmieszniejsze (a może smutniejsze), podobne przeżycia stały się udziałem moich znajomych, którzy Rosję odwiedzali dwa lata temu...

To książka przerażająca. Tym bardziej, że jest bogato ilustrowana zdjęciami przedstawiającymi piękno rosyjskiej architektury i dzikiej natury, bo kontrast jest większy. Przerażenie wywołał u mnie fakt, że na każdym kroku, w każdej instytucji, czy to w ministerstwie, czy na lotnisku, czy na dworcu kolejowym, czy w hotelu, dosłownie każdy wyciąga łapę po łapówkę. Jakikolwiek funkcjonariusz, milicjant, celnik, urzędnik państwowy, sekretarka, każdy z nich za wszelką cenę szuka okazji do wyłudzenia pieniędzy. Żadnej sprawy nie można załatwić po prostu - trzeba się nachodzić, nakłaniać, nanadskakiwać, naznosić prezentów, nachwalić koneksjami, czasami nastraszyć, to nawet nie jest kwestia ogromnej biurokracji, to problem układów, łapówek i dorabiania sobie na boku w każdej możliwej sytuacji. Jest nawet taki fragment, który tłumaczy zachłanność urzędników - skoro taksówkarz może liczyć po 100 rubli na kilometr zamiast 50, a sklepikarz może podnosić ceny towarów według własnego uznania, to urzędnik państwowy ma pełne prawo, żeby sobie dorabiać do pensji poprzez wymuszanie łapówek, to dla Rosjan wydaje się być oczywiste.
Absurdalny kraj, a książka bardzo ciekawie napisana, połyka się ją w jedno popołudnie, przy szklance herbaty z samowara i talerzyku kofitur albo nad miseczką pełną astrachańskiego kawioru. *^v^*

Którędy droga?

Iain Pears to nie Neal Stephenson, jednak...

jego ponad siedmiuset stronicowa powieść w intrygujący sposób buduje napięcie i opowiada pozornie banalną historię zabójstwa w XVII-wiecznym Oxfordzie, która rozwija się wraz z kolejnymi częściami i narratorami, chociaż...

kiedy zaczęłam czytać pierwszą część książki (a składa się ona z czterech narracji tych samych wydarzeń, widzianych oczami czterech osób), pomyślałam, że ktoś tu oszalał - autor albo pani tłumaczka!... Prawie każde zdanie miało kompletnie zaburzony szyk słów, do tego stopnia, że było to nienaturalne i bardzo rażące, aż chwilami przestawiałam sobie w głowie całą konstrukcję zdania, żeby zrozumieć, o co w nim chodzi. Jeśli zdarzało się zdanie wielokrotnie złożone, wszystkie czasowniki były ustawione na końcu a reszta słów przemieszana bez sensu. Najsilniej widać to w pierwszej narracji, której autorem jest młody Wenecjanin, więc być może chodziło o to, żeby pokazać jak wypowiadałby się cudzoziemiec, ale ta dziwaczna składnia jest w większym lub mniejszym stopniu obecna w całej książce. Nie mam dostępu do oryginału, ale wydaje mi się, że tłumaczka postanowiła zasymulować pseudo-XVII-stowieczną angielszczyznę przetłumaczoną na polski, i w tym celu stworzyła ten dziwaczny poplątany język, który niestety bardzo przeszkadza w odbiorze lektury i może zniechęcić mniej odpornych czytelników.

Pears stworzył powieść interesującą pod kilkoma względami - intryga kryminalna widziana oczami kolejnych narratorów jawi się nam w coraz to nowym świetle, aż do momentu, kiedy prym zaczyna wieść intryga polityczna, sięgająca najwyższych szczebli władzy i nawet wychodząca poza granice Anglii.
Autor ma dar przedstawiania swoich bohaterów w taki sposób, że czytelnik od razu wyrabia sobie o nim zdanie, ale nie wolno nam osiąść na laurach naszej ugruntowanej opinii, bo szybko zostajemy zaskoczeni przez nowe fakty, które dają nam do myślenia. Dodatkowo czytając kolejne narracje wyraźnie czuć w stylu, słownictwie, że piszą je kompletnie inne osoby, co autorom nie zawsze się udaje - (patrz: moje zarzuty co do niedawno recenzowanej powieści Kalicińskiej, tam przez dłuższy czas nie wiedziałam, która z dwóch bohaterek jest aktualnie narratorką...)
Powieść ta jest też kopalnią wiedzy o społecznej i politycznej historii Anglii końca XVII wieku, a fakty te podane są nienachalnie i zgrabnie wplatają się w fabułę. Jeśli tylko czytelnik pogodzi się z dziwacznym tłumaczeniem (czy istnieje jeszcze w wydawnictwach funkcja korektora? czy nikt już nie czyta książek przed ich wydaniem?...), a w szczególności przebrnie przez pierwszą część opowieści, to ma zapewnioną interesującą, wciągającą lekturę na dobre kilka wieczorów.

niedziela, 14 lutego 2010

Miłość nad rozlewiskiem

Skoro krytykowałam poprzednie części bestsellerów Małgorzaty Kalicińskiej, to ktoś może zapytać, po co czytałam ostatnią część rozlewiskowej sagi. Ale postanowiłam się z nią zmierzyć, żeby "poznać wroga". *^v^*
Może najpierw o pozytywach - to dobre czytadło, leci się przez tę powieść jak miedzą przez pole, babska literatura o życiu, miłości i takich tam, suto okraszona przepisami kulinarnymi i jednym wzorem na niemowlęcy kapturek robiony na drutach, z happy endem. Wciąż mamy tych samych znanych nam już dobrze bohaterów, ale przybywa też kilka nowych oryginalnych postaci, a do Małgosi nad rozlewisko z powodu życiowych zamętów wprowadza się koleżanka jej córki, Paula.

Niestety, zabieg snucia opowieści ustami dwóch narratorek moim zdaniem jest nieudany - narracja Gosi pozostała taką, jaką znamy z poprzedniej części cyklu, natomiast narracja Pauli - celowo przez autorkę nieco odmienna, bo w końcu jest to zupełnie inna osoba, jest niedopracowana, tchnie sztucznością. Nie wystarczy w tok narracji wstawić kilka "młodzieżowych" wyrażeń typu "czaderski", żeby czytelnik poczuł, że teraz czyta pamiętnik dziewczyny przed 30-stką, ja czytając poszczególne rozdziały czasami po dłuższym czasie orientowałam się, która z pań w danym momencie opowiada historię - Paula czy Gosia, a wiedziałam to np.: z faktu, że jedna pisała coś o drugiej.

Znowu mamy ten sam problem, który występował w autobiografii autorki - Kalicińska sama nie pamięta, jakie słowa lub wydarzenia przypisywała albo nie swoim bohaterom.
Na przykład, we wspomnieniach Pauli czytamy:
Lubiłam zabawy, wycieczki, spotkania rozintelektualizowane do bólu. Omawialiśmy nowe książki, filmy, "żuliśmy szmaty" - jak sami mówiliśmy o naszych dyskusjach w długie wieczory.
Natomiast 40 stron wcześniej Paula zaczyna ze Sławkiem rozmowę na temat jego byłej żony:
- Boisz się takich tematów?
- Nie, tylko to niczego nie zmieni. Takie... żucie szmat... Wasz Tomasz tak mówi. Ten leśniczy.
Czyli, takie samo określenie autorka przypisuje zarówno warszawskiej młodzieży studenckiej, jak i sześćdziesięcioletniemu leśniczemu z Mazur.

Podobnie jest z przemyśleniami Pauli na temat wypalania ceramiki, na stronie 305 Paula pisze:
Kupiłam piec ceramiczny (używany - oczywiście) i koło garncarskie. Koło stoi na razie w sieni, nierozpakowane. Piec w garażu.
Natomiast na stronie 321 dziewczyna pisze:
Chodzi mi po głowie ceramika! Mam takie pomysły, że chybaby chwyciło! Tylko, jak ją wypalać? W ziemnym palenisku? Zbudować staroświecki piec wiejski, jaki widziałam we Francji? Pomyślę.
A czytelnik ma ochotę zakrzyknąć: "Kochana, kupiłaś przecież piec! Stoi w garażu!" ~^^~
Nie mówiąc już o tym, że co chwila inny z bohaterów powtarza "Nie mój cyrk, nie moje małpy!"...
Należałoby poprosić kogoś o przeczytanie rękopisu pod kątem spójności treści, zanim książka pójdzie do druku.

A już do (gorzkich) łez doprowadza mnie fragment, w którym Gosia rozczula się nad pięknem haftów Richelieu, jakie Paula robi do ozdabiania pościeli, którą sprzedaje w galeriach rękodzieła. Haft jest robiony maszynowo, ale wygląda jak ręczny, wot siurpryza! Jako osoba zajmująca się różnym rękodziełem, w tym haftem, nie znoszę takiego tandeciarstwa.

wtorek, 22 grudnia 2009

Droga Sufich

Jak poznać tradycję filozoficzną, która z założenia nie jest definiowana metodami, do których jesteśmy przyzwyczajeni my, ludzie Świata Zachodniego? Problem zaczyna się już na etapie zrozumienia, skąd wywodzi się nazwa sufizm. Badacze odrzucali teorię, że to słowo nie ma żadnej etymologii i za wszelką cenę próbowali przypisać mu pochodzenie np.: od wełnianych szat (suf), noszonych przez sufich. A co dopiero ma powiedzieć akademik, który zamiast idei pod postacią słowa pisanego spotykał się z pozawerbalnymi sposobami przekazywania nauk - gestem, tańcem, symbolami. Lub zauważał, że ilu różnych sufickich mędrców tyle indywidualnych sposobów nauczania - może to być poezja miłosna, żart, przypowieść religijna, baśń, albo dzieła sztuki i rzemiosła.

Idries Shah w książce "Droga Sufich" próbuje przybliżyć nam tę filozofię w taki sposób, żeby każdy czytelnik zrozumiał, co stanowi istotę sufizmu. Najpierw w skrócie przybliża nam problemy jakie możemy napotkać podczas prób poznawania ideologii sufizmu, następnie zapoznaje nas z twórczością klasycznych autorów sufickich bez żadnego komentarza, co pozostawia czytelnikowi pole do własnych przemyśleń i interpretacji, i opisuje cztery najważniejsze zakony, które zostały powołane do praktykowania ćwiczeń, mających na celu osiągnięcie wyższych stanów umysłu. W dalszej części książki poznajemy ideę Chidra, czyli duchowego przewodnika a także dostajemy duży zbiór tematów do indywidualnych rozmyślań lub grupowych dyskusji, nad którymi warto zatrzymać się na dłużej.

Książka napisana jest w sposób bardzo przystępny dla inteligentnego czytelnika o mentalności Zachodnioeuropejskiej, nie jest przegadana i pozostawia duży margines na własne przemyślenia i wnioski. Moim zdaniem to bardzo przystępne wprowadzenie do dalszych poszukiwań źródeł pogłębiających temat.

środa, 2 grudnia 2009

Fikołki na trzepaku

Zawsze byłam zdania, że twórca powinien najpierw coś Osiągnąć, żeby mu ktoś napisał biografię. To znaczy, dobrze by było, gdyby artysta przeżył/stworzył tyle, żeby w tej biografii było o czym poczytać.
Pani Małgorzata Kalicińska jest najwyraźniej osobą bardzo niecierpliwą, bo nie dość, że nie poczekała, aż ktoś inny napiszę jej biografię i sama ją sobie napisała, to jeszcze zrobiła to już po trzech latach pisarstwa i trzech książkach.

"Fikołki na trzepaku" to okres dzieciństwa pani Małgorzaty, które spędziła częściowo na warszawskiej Saskiej Kępie, a częściowo na placówce zagranicznej w Moskwie. Odniosłam wrażenie, że ponieważ siłą rzeczy skończył się "rozlewiskowy" cykl książek autorki, to teraz postanowiła zaproponować czytelnikom serial pt.: życie Kalicińskiej, bo książka została zawieszona w okresie, kiedy autorka stawała się młodą panienką i aż się prosi o ciąg dalszy, ciekawe, czy mam rację? *^v^*

Szczerze mówiąc, nie rozumiem dla kogo ta książka miałaby być interesująca, chyba tylko dla rodziny autorki i może jej przyjaciół z dzieciństwa. Ja przeczytałam ją dlatego, że ją dostałam, natomiast sama nigdy bym jej nie kupiła, bo dziecięce losy Kalicińskiej to w sumie żadna atrakcja. Nie rozczulałam się podczas lektury, bo dzieciństwo pani Małgorzaty to nie moje czasy, jestem od niej o 20 lat młodsza, a dzielnica w której mieszkała to nieznane mi tereny, więc równie dobrze mogłaby opisywać Krosno czy Lublin, tak samo mi obce. Poza tym, lektura autobiografii Stefanii Grodzieńskiej czy Krystyny Sienkiewicz miały dla mnie dużo większy urok i wartość chociażby historyczno-poznawczą, ponieważ te panie przeżyły bardzo bogate życie i obracały się w ciekawym towarzystwie , a pięcio- czy dziesięcioletnia Małgosia K. - nie.

Dodatkowo odniosłam wrażenie, że ta autobiografia jest chwilami mocno fabularyzowana i podkoloryzowana, wszystko jest strasznie cukierkowe (być może tak się pamięta dzieciństwo, jak się przekroczy 50-tkę?) i autorka momentami sama sobie zaprzecza lub dostosowuje rzeczywistość do własnej pamięci... Np.: na stronie 55 jest zdjęcie matki autorki z podpisem "Mama wcina kulkowe lody z baru 'Figaro'", a ja wyraźnie widzę, że kobieta trzyma w ręku klasyczną "lodową kanapkę", czyli dwa prostokątne wafelki z kostką lodów pomiędzy. Albo na stronie 260 jest opis kaszubskiej knajpki, w której autorka bywała jako nastolatka i uczestniczka obozów letnik TKKF, a w której
Sprawione szybko rybki natychmiast zostaną rzucone na patelnię, a czego się nie sprzeda, trafi po usmażeniu do octu! Takie smażone ryby w zalewie octowej to pycha i cud kulinarny nieznany mi dotąd!
Natomiast poprzedni obszerny rozdział opowiada o wieloletnich pobytach na wakacjach na wsi u zaprzyjaźnionych gospodarzy, kiedy Małgosia była jeszcze malutką dziewczynką, a mieszkańcy owej wsi co i rusz, przy wielu codziennych i świątecznych okazjach zajadają się ... smażonymi rybkami w zalewie octowej! *^v^*

środa, 4 listopada 2009

Meissner

Boję się latać samolotem.
Zdecydowanie wolę podróż po powierzchni ziemi albo - najbardziej - po wodzie. Nie wierzę statystykom i jestem przekonana, że samoloty spadają.

A co dopiero powiedziałabym, gdyby ktoś wsadził mnie do P-11, metalowej puszki, polskiego myśliwca używanego podczas II Wojny Światowej! W którym podczas wykonywania nawrotów i beczek pilot chwilami tracił przytomność z powodu przeciążeń. Bałabym się jak diabli! Ale polscy piloci latali na nich z iście ułańską fantazją, co pięknie, z pasją i naprawdę interesująco nawet dla dziewczyny *^v^* opisuje Janusz Meissner w swoich dwóch książkach wydanych właśnie przez Zysk i -Ska w jednym tomie "Żądło Genowefy. L jak Lucy".
Moi towarzysze zawracają. Jak zawsze Polacy - trzeba czy nie trzeba - z fasonem: skrzydło od skrzydła o metr, okrągło i gładko przeorali niebo od horyzontu do zenitu, błysnęli słońcem na sterach w półbeczce, zawiśli - rzekłbyś - na chwilę nieruchomo w przestrzeni, drwiąc z prawa ziemnskiej grawitacji i - zamiast mu ulec, zamiast zwalić się w dół po tym młyńcu o trzystumetrowym promieniu - wypłynęli razem w tym z zawrotu, znacząc podwójny siad warkoczami bledniejącego dymu spalin.
Tak zaczyna się wojenna opowieść o losach polskiego lotnika i jego towarzyszy broni w 1939 roku - zestrzeleniem Messerschmidta, a potem następuje "uziemienie" kapitana Herberta, bo nie ma już maszyn zdolnych do lotu, odwrót wojsk, ewakuacja do Rumunii i internowanie w obozie dla żołnierzy. Sprytna ucieczka do Wielkiej Brytanii zaczyna główną część opowieści, w której poznajemy życie codzienne naszych pilotów w służbie brytyjskiego lotnictwa. Latają nad tereny Niemiec i zrzucają bomby, ale również zakochują się, w czasie wolnym oddają się rozrywkom, opłakują przyjaciół, którzy nie powrócili z kolejnej akcji, tęsknią za ojczyzną, wspominają najbliższych. Lekkie pióro autora pozwala nam zagłębić się w historię każdego z bohaterów i razem z nimi przeżywać radość i cierpienie.
To bardzo wciągająca książka, chwilami nostalgiczna, na pewno fachowa w swoich opisach scen lotniczych - w końcu autor był lotnikiem po szkole pilotów, która dała mi poznać wojnę od nieznanej mi wcześniej strony.

piątek, 16 października 2009

Trzech panów w łódce (nie licząc psa)

O, mamuniu!... Kiedy dotarłam do piątego rozdziału, myślałam, że jednak nie uda im się wyruszyć!... Tę książkę powinni przeczytać ci, którym się wydaje, że długo pakują się przed wyjazdem na wakacje. *^v^*

"Trzech panów w łódce (nie licząc psa)" Jerome K. Jerome to ponadczasowy klasyk i wielka gratka dla miłośników literatury brytyjskiej z końca XIX wieku. Towarzyszymy w niej trzem londyńskim młodzieńcom (nie licząc psa), którzy wybrali się na wycieczkę łodzią po Tamizie i przebyli 123 mile, od Kingston do Pangbourne.

Opowieść zaczyna się pewnego wieczora, kiedy to trzech hipochondryków, George, William Samuel Harris oraz nasz czcigodny autor, opowiadają sobie o niezliczonych chorobach, jakie ich trapią i od razu trafiamy na historyjkę (których w całej książce pełno, a zdarzają się co krok w bok od głównego nurtu wydarzeń) jak to główny bohater poszedł do lekarza, i wyliczywszy mu szereg chorób, jakie mu dolegają, a o których wyczytał w encyklopedii zdrowia, dostaje od niego receptę na zdrowie:
1x befsztyk plus 1x kwarta piwa co sześć godzin
1x dziesięciomilowy spacer co rano
1x łóżko punkt jedenasta wieczór
I nie zaśmiecaj sobie głowy sprawami, których nie rozumiesz.

Zastosowałem się do wskazówek, z tym szczęśliwym - mówię za siebie - rezultatem, że memu życiu chwilowo nie zagraża niebezpieczeństwo.

Następnie po smakowitej kolacji (odrobina steku z cebulą, na deser po kawałeczku ciasta z rabarbarem) i zasiądnięciu w fotelach z kieliszkami pełnymi wina i fajkami w dłoniach nasi bohaterowie doszli do nastęþujących wniosków:
- Potrzeba nam odpoczynku - zawyrokował Harris.
- Odpoczynku i całkowitej odmiany - potwierdził George. Przeciążenie szarych komórek doprowadziło nas do ogólnego wyczerpania organizmu. Zmiana otoczenia i brak konieczności myślenia przywrócą nam równowagę psychofizyczną.

Jak postanowili, tak zrobili, i tak zrodził się pomysł na wycieczkę łodzią po Tamizie. Powieść jest świetna! Dokładnie zapoznajemy się w niej z życiem średniozamożnego londyńskiego młodzieńca pod koniec XIX wieku, dowiadujemy się o jego obyczajach towarzyskich, kulinarnych, rozrywkowych, poznajemy topografię okolic Londynu, a wszystko to suto okraszone jest dykteryjkami, dygresjami, specyficznym humorem, przykładami "z życia wziętymi". Na pewno jest to książka, której prawdziwy miłośnik dobrej literatury nie powinien pominąć na swojej liście lektur.

Książka odniosła wielki sukces i była tłumaczona na wiele jezyków, a sam autor mówił o niej:
Napisałem ksiażki, które wydawały mi się bardziej inteligentne bądź bardziej dowcipne. Publiczność upiera się jednak, by pamiętać mnie właśnie jako autora "Trzech panów w łódce (nie licząc psa)".

poniedziałek, 12 października 2009

We mgle wrześniowej

"We mgle wrześniowej" Stanisława Zielińskiego to zbiór relacji z wydarzeń września 1939 roku widzianych oczami młodego podchorążego w formie krótkich opowiadań. W trakcie czytania pierwszego z nich miałam przed oczami dowolny film polski z lat 30-tych, tamte twarze, tamte fryzury, ubrania, tamten sposób wysławiania się i patrzenia na świat, wraz z tamtym ciepłym poczuciem humoru.
Manewry udały się: piechota przeszła dziewięćdziesiąt kilometrów, kuchnie utknęły na tyłach, ułani chodzili okrakiem, jakby im cegieł napakowano do spodni. Słowem - warunki bojowe.
Ale już za chwilę nastrój staje się bardziej minorowy. Wybucha wojna i pokazuje swoje nastraszniejsze oblicze - śmierć i kalectwo, niemożność obrony ojczyzny z najbardziej prozaicznych powodów: braku podstawowego wyposażenia wojskowego i wyszkolenia, płonne nadzieje na brytyjską odsiecz, upokorzenie niewolą, głód. To trudna lektura, bo bardzo osobista, i dokładnie widać i czuć ból, gorycz, cierpienie, złość wynikającą z niemocy. Pouczający obrazek, który powinien dać nam, następnym pokoleniom, do myślenia, żeby coś takiego nigdy się nie powtórzyło.
W głąb kraju unosimy cała gorycz klęski. Za nami zostają kupy łusek i dogasające wraki czołgów.

Mam jednak tej książce coś do zarzucenia. Nie tyle książce, co wydawnictwu Zysk i S-ka, bo zastosowało tu praktykę, której nie znoszę. Książka ma 190 stron, a mogła spokojnie mieć tylko 100, bo została wydrukowana bardzo duża czcionką, niczym dla niedowidzącego albo jak książeczka dla dzieci. Natomiast cena wynosi 32,90 zł, tyle, ile tydzień temu zapłaciłam za 500-set stronicową książkę Patricka O'Briana, wydrukowaną drobnym maczkiem, bo gdyby zwiększyć czcionkę to wyszłaby cegła nie do uniesienia.
Rozumiem, że w tej chwili jest sezon na literaturę z kręgu tematyki II Wojny Światowej, ale śmieszy mnie takie sztuczne zwiększanie powierzchni książki, żeby podwyższyć za nią cenę...

wtorek, 29 września 2009

Jońska misja

Czy widziałeś, Czytelniku, film "Pan i Władca na krańcu świata" z rewelacyjną rolą Russell'a Crowe? Zachwycił Cię? To w te pędy biegnij do księgarni (może być księgarnia internetowa *^v^*) i kup "Jońską misję" Patricka O'Briana!
A najlepiej kup wszystkie tomy sagi o przygodach kapitana Jack'a Aubrey'a i jego przyjaciela lekarza okrętowego Stephen'a Maturina, co ja zamierzam uczynić! ~^^~

"Jońska misja" to świeżo u nas wydany, już dziewiąty tom (a cały cykl liczy piętnaście pozycji), co nie przeszkadzało mi przeczytać go bez znajomości poprzednich części, bo każda z nich jest zamkniętą całością. Jest to jedna z tych książek, która spowodowała u mnie entuzjastyczny okrzyk niedowierzania i żalu po przewróceniu ostatniej kartki: "Jak to?... Koniec?!... Dlaczego?!!!"

Nie będę streszczać fabuły, bo zresztą nie o nią tutaj chodzi, tylko o ducha morskich opowieści, pełnych wilków morskich i szczurów lądowych, manewrów bitewnych, pościgów za Francuzami i codziennego życia na okręcie Brytyjskiej Marynarki na początku XIX wieku. Sedno powieści O'Briana oddał profesor John Bayley w swojej retrospektywnej recencji twórczości autora:
Patrick O'Brian zdołał zaś stworzyć nowy świat, który wciąga głównie dzięki swej czarującej, niezwykłej powierzchni. Jako narrator nigdy nie narzuca się ze swoją osobą, w roli autora nie ujawnia się wręcz zupełnie, ale my dobrze wiemy, co sprawia mu największą przyjemność, co go intryguje i fascynuje. W tych powieściach widać jego radość, widać entuzjazm i umiłowanie dla opisywanego przez siebie świata, (...)

Jeśli chcecie się dowiedzieć, dlaczego Jack Aubrey założył dwie pary starych pończoch na obiad na statku admirała Mitchella, jakie ptactwo setkami zasiliło pokład okrętu "Worcester", dlaczego na brygu "Dryad" pod dowództwem kapitana Babbingtona była pewnego razu bardzo duża grupa kobiet, co to jest pudding i dlaczego pan Aubrey kazał swoim ludziom opatrzyć kule armatnie napisem "Przesyłka opłacona", sięgnijcie po "Jońską misję" Patricka O'Briana. *^v^*

poniedziałek, 7 września 2009

Randka w dolinie mogotów

Ksiażki podróżnicze ostatnio coraz częściej goszczą na mojej półce bibliotecznej, a co dziwniejsze, z wielką chęcią czytam o kulturach, które nigdy nie były w kręgu moich zainteresowań. Tak, jak w zbiorze opowiadań Agnieszki Budy-Rodriguez "Randka w dolinie mogotów", których akcja dzieje się na Kubie. (Jest to druga część wspomnieć autorki, swoje pierwsze kubańskie opowieści zawarła w książce "Kuba - daleka piękna wyspa".)

Agnieszka Buda-Rodriguez jako młoda dziewczyna zamieszkała z mężem Kubańczykiem w Hawanie, gdzie studiowała nauki humanistyczne i literaturę hiszpańską. Pracowała jako tłumacz techniczny polsko-hiszpański w Ministerstwie Przemysłu Cukrowniczego, również m.in. tłumaczyła literaturę pięknią na język hiszpański i pracowała w Szkole Polskiej. Książka ta jest podzielona na dwie części - pierwsza opowiada o latach 70-tych i 80-tych XX wieku, kiedy autorka mieszkała na Kubie na stałe, a druga - to wakacje spędzane na wyspie w latach 2006-2008 (kiedy już od lat mieszkała w Toronto).

Pierwszą część książki czyta się jak wenezuelską (kubańską ~^^~) telenowelę! Latynosi to ludzie zawsze chętni do śpiewu, tańca i zabawy, targani namiętnościami, miłość duchowa i cielesna stanowi ważny element ich egzystencji, a kiedy miłość wydarza się w tak gorącej egzotycznej scenerii, uczucia stają się zwielokrotnione, kobiety piękniejsze a mężczyźni bardziej męscy. *^v^* I nie ma tu znaczenia, że kochankowie często nie są już młodzi i piękni, a porewolucyjna kubańska sceneria jest biedna i ponura.
Bo niestety poznajemy również drugą stronę medalu kubańskiej rzeczywistości lat 70-tych i 80-tych - ogromne bezrobocie, głodowe pensje, zamknięte granice, szpitale w których nie ma podstawowych lekarstw za pesos (za to za dewizy oczywiście są, ale nie dla Kubańczyków!), specjalne dni, kiedy można było na kartki kupić butelkę rumu na osobę lub roczny przydział 2,5 metra materiału na ubrania.
Rosa wybrała się na wieś i przywiozła zamówione produkty. Cygara kupiła na czarnym rynku, natomiast z kupnem materiału musiała poczekać, kiedy sprzedawano roczny przydział na jej numerek. Czas biegł, na szczęście po kilku dniach obwieszczono w radio, że nadeszły dni dla zakupów numeru z literą B, czyli tego, który posiadała Rosa. Wzięła wolne z pracy (bo w takich wypadkach kobietom przysługiwał dzień wolny na zakupy). Po długim staniu w kolejce zdobyła białą materię i niebawem mogła wszystko zanieść Anicecie.
Nie brakuje też kolorytu specyficznego dla tej egzotycznej wyspy, np.: instytucja brujo, czyli szamana, czarownika, który jest w stanie pomóc na wszelkie problemy życiowe, a głównie zajmuje się zaklęciami miłosnymi
Na Kubie, jeśłi ktoś ma problemy miłośne, finansowe, zdrowotne czy rodzinne, biegnie w te pędy do czarownika, brujo, zwanego też szamanem lub wróżem. Brujos pełnią rolę psychologów, doradców życiowych, znachorów. Z kart do tarota, muszelek, fusów od kawy, ze zdjęć, z dłoni, z kryształowej kuli czy dymu lub popiołu z cygar czytają przeszłość, przyszłość, omawiają stan zdrowia. Są niezastąpieni i cieszą się dużym szacunkiem.
albo posadas, czyli obskurne hoteliki "na godziny", wypełnione spragnionymi kochankami.
Po objęciu rządów Castro wydał walkę prostytucji, likwidując domy publiczne i wszelkie podejrzane miejsca schadzek. Posadas jednak nie zlikwidował. (...) Posady jak istniały, tak istnieją nadal i chociaż są w opłakanym stanie, działają non stop całą dobę i w każdym zakątku kraju.
(...) posady kubańskie to tzw. pogotowie seksualne dla mas. Są potrzebne, wręcz konieczne, przy ogromnym braku mieszkań, na jaki cierpią wyspiarze.

Druga część książki jest o wiele poważniejsza i smutniejsza, pokazuje bowiem to, co pozostało ze wspaniałej kultury materialnej i architektury Hawany po wybuchu rewolucji i 50-ciu latach rządów Castro.
Jestem głodna Hawany, chciałabym dotrzeć do wszystkich miejsc, które znałam, które były mi drogie, do których tęskniłam i śniłam o nich w ciągu długich lat nieobecności na wyspie.
Autorka wraca na Kubę na trzy miesiące jako turystka w i tym czasie zwiedza ukochaną stolicę wszerz i wzdłuż, przypominając sobie przyjaciół i miejsca z czasów jej młodości. Mimo lekkiej odwilży i rozluźnienia politycznego Kuba nadal jest krajem zaniedbanym, biednym, skorumpowanym, bez perspektyw dla młodych ludzi. Komunikacja miejska kursuje od przypadku do przypadku, pensje specjalistów są wciąż głodowe (psycholog 12 dolarów/miesiąc, inżynier 15 dolarów/miesiąc), a policja jest wciąż ogarnięta obsesją obywateli uciekających na tratwach do Ameryki (a obywatele ogarnięci obsesją wygrania loterii wizowej w USA).
Mamy też jednak obraz zmieniającej się Kuby - odbudowane lub w trakcie odrestaurowywania zabytkowe budynki Hawany, szczególnie tzw. Stara Hawana, wpisana na listę dziedzictwa ludzkości UNESCO w 1982 roku. Castro dostrzegł także konieczność otwarcia Kuby na świat zewnętrzny i podratowanie gospodarki dewizami płynącymi z turystyki, więc powstają obiekty wypoczynkowe i hotelowe.
Ciekawostką jest obraz wieloletniej kontrowersyjnej gorącej przyjaźni Fidela Castro ze światowej sławy pisarzem Gabrielem Garcia Marquez'em.

Na koniec oddam głos autorce:
Mnie osobiście boli, że kiedy mówię o tym, iż kocham Kubę, jest to często opacznie rozumiane, że sprzyjam ustrojowi. Nic bardziej błędnego. System nie ma tu nic do rzeczy. Ta wyspa jest piękna, bo taką stworzyła ją natura. Ludzie pogodni i życzliwi upodobnili się do otaczającej przygody, pomogli mi przetrwać najgorsze i cieszyć się małymi drobiazgami, być szczęśliwą pomimo ograniczeń, zakazów i nakazów sprzecznych z normalnie pojętymi zasadami życia.