Pokazywanie postów oznaczonych etykietą autobiografia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą autobiografia. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 21 września 2009

Chamowo

Nie znam twórczości Mirona Białoszewskiego, natomiast po przeczytaniu "Chamowa" chciałabym sięgnąć do inne jego prozy (bo z wierszami to mi raczej nie po drodze ^^), bo to był człowiek o bardzo ciekawym postrzeganiu rzeczywistości.

Dziennik "Chamowo" to spisane wydarzenia od czerwca 1975 do maja 1976 r, kiedy to Białoszewski przeprowadził się z placu Dąbrowskiego, gdzie mieszkał razem z Le, czyli malarzem Leszkiem Solińskim, na ulicę Lizbońską. Miron właśnie wrócił z sanatorium w Konstancinie z rekonwalescencji po zawale i postanowili, że zamieszkają osobno. Akurat pojawił się przydział na mieszkanie, miał się wynieść Le, uznał jednak, że to nie on tylko Miron przeprowadzi się ze Śródmieścia do nowego bloku na Lizbońską, czyli na Chamowo. Tak nazywali tę część miasta za trasą Łazienkowską mieszkańcy pobliskiej Saskiej Kępy. "Jak ci zginie rower, szukaj go na Chamowie" – podobno mawia się tam do dzisiaj.
Ostatnia noc na placu Dąbrowskiego. 17 lat mieszkania tu. I już gotowe do przewózki czekają: wieszak, który grał w teatrze, szafa po Romanie na płyty i do siedzenia skrzynia z podwórza, stolik od Teresy pod gramofon, dwie torby książek i walizka z piżamami, koszulami i przepisanym szpitalem. Do tego dołączy nowy tapczan, dwa krzesła, szafeczka i stoliczek - też nowe, jedne z pawilonu na Przeskok, inne z "Emilii."

Pojawiło się już wiele szczegółowych recenzji tej książki, tak więc ja wspomnę tylko o kilku jej aspektach, które mnie szczególnie zostały w pamięci i do których zapewne będę wracać.
Miron Białoszewski jawi się jako osoba niesamowicie wrażliwa na otaczającą go rzeczywistość, a mam tu na myśli jego bezpośrednie otoczenie - jest bardzo dobrym i chętnym obserwatorem życia codziennego, nowej okolicy, w której zamieszkał, ludzi, których spotyka. Uderzyło mnie to, że on ciągle dokądś jechał, kogoś odwiedzał, (jego też odwiedzało mnóstwo przyjaciół, m.in. podczas cotygodniowych wieczorków poetyckich), zrywał się w środku dnia albo nocy i jechał autobusami, tramwajami, taksówkami, jeśli udało mu się jakąś złapać, do Śródmieścia, na Żoliborz, do Anina. Wychodził o różnych porach na spacery wokół swego bloku, poznawał nowe miejsca, zarówno dzikie tereny na Wisłą jak i pawilony handlowe na Saskiej Kępie. Oswajał "swoje" miejsca, sklepy, bibliotekę (czytał dużo kryminałów), nową pocztę, przychodnie lekarskie (wciąż miewał kłopoty z sercem, które w 1983 roku doprowadziły do drugiego zawału i śmierci). Był cały czas jakby rozedrgany, w bezustannym ruchu, głodny wrażeń, bodźców, widoków, zapachów.
Zerwałem się, żeby jechać. Odwiedzać. Czytać. Wozić jednych do drugich.
Już na przystanku oklapłem. Byłem na Marszałkowskiej. Do nikogo nie wstąpiłem. Odechciało mi się wszystkiego.
Do swego domu, jak też do domów przyjaciół znosił naręczami kwiaty, często zapalał świece i w takiej oprawie słuchał muzyki poważnej z płyt. Sypiał w dzień, za to w nocy pisał albo podróżował po Warszawie, chłonąc wrażenia, obrazy i dźwięki.
Na początku nie mógł się przyzwyczaić do nowego mieszkania i często wracał na plac Dąbrowskiego, żeby tam posiedzieć, popisać, przenocować.
Pierwsza noc w nowym domu.
Żadnych odruchów.
Zanim się wyrobią, dużo trudu.
Co i raz lęk przed czymś, że nie tak.

Położyłem się do łóżka.
Wszystko obce.

Jestem wdany w nagła hecę. O różnych nalotach niesympatyczności.
Boję się światła, dnia i dalszych ciągów.
Liczę na przyzwyczajenie. Chyba tylko na to. I może na mniejsze zmęczenie.

Z czasem oswoił nowe miejsce, co daje mi nadzieję na oswojenie mojego nowego miejsca, w które przeprowadziłam się cztery miesiące temu. *^v^*
Jakie tu znajome już wszystko i swojskie. Dziewięć miesięcy temu w upały wszystko ciekawe, ale niewiadome, obce, choć już podejrzewane przeze mnie o bliskie oswojenie. Życie jest życie. Ubezpieczalnia, poczta, sklepy, przystanki, czytelnia, wszystko to razem trzyma człowieka we władzy lokalności jak w podręcznej siatce, nie tamując mu przez wielkie oka reszty świata. Chamowo zimowe, gołe, ale już znane.

Do Saskiej Kępy już się przyzwyczaiłem. Mieszkanie tu nabrało cech prawdziwości.
Chociaż wciąż wracały do Mirona wspomnienia poprzedniego miejsca zamieszkania, Chamowo spowszedniało, znudziło go:
Nastawiłem Magnificat Bacha, Nieostrożnie. Poruszył we mnie piętnaście lat. Zatęskniłem za czasami na placu Dąbrowskiego.

Minął rok mieszkania tu. Przyzwyczaiłem się całkowicie. Tyle że nagle trzy dni temu stanąłem w oknie
- Co ja tu robię na Pradze? To już naprawdę nie wrócę na plac Dąbrowskiego? Do Śródmieścia?

Chcę się stąd wyprowadzić. Z tych mrówek.
Białoszewski bawi się słowem, albo może nawet nie bawi się, nie robi tego świadomie, tylko tak właśnie potrafi artykułować swoje myśli i spostrzeżenia, np.:
Bardzo goło na drzewach. Przezroczyście. Dopiero dziś, dzięki tym przezroczystościom i połyskliwościom zobaczyłem, ile Wisły widać.
Drzwi się otwierają. Pan Julian w wystraszonych okularach i zaskoczonej koszuli na spodniach.
Ogoliłem się. To mnie przygotowało do włożenia spodni. A włożyć spodnie to już to samo co wyjść. Poupychałem czytania do dwóch kieszeni i pojechałem do Anina.

Poszedłem do parku Skaryszewskiego. Ciepło, dobra pora. Coraz wieczorowiej. Chociaż ciągło się to i ciągło. To wieczorowienie.

Wieczór. Uwyraźniło się. Wynormalniało. Tam.
A jedna ze znajomych Mirona jest mi duszą pokrewną! *^v^*
Bo Kicia Kocia ma swoje owce w Kazimierzu. Baba jej pasie. Kicia Kocia potem strzyże z babą swoje owce, zwozi wełnę, sama farbuje i na drutach robi panion artystyczne kiecki.

czwartek, 12 lutego 2009

W ogrodzie pamięci

No proszę, znowu, tym razem całkiem przypadkiem, trafiłam na historię rodziny żydowskiej. Jednak w przeciwieństwie do książek Singera czy Hena, nie znajdziemy tutaj kultury żydowskiej zbyt wiele. Bowiem wraz z przedwczesną śmiercią pradziadka autorki, Joanny Olczak-Ronikier, rodzina zarzuciła częściowo obrzędowość swych przodków i stopniowo asymilowała się z Polakami. Babka autorki pisze w swoich wspomnieniach: Po śmierci ojca nasz dom rodzinny nie różnił się od innych domów polskich. Co autorka komentuje:
Skraca i upraszcza trudny proces asymilacji. Bo przecież, zachowawszy wyznanie mojżeszowe, zachowano także postawowe tradycyjne obyczaje: bracia obchodzili bar micwę, ślubów udzielał rabin, bliskich grzebano na żydowskim cmentarzu. Owszem, dzieci mówiły po polsku, nie znały jidysz, chodziły do polskich szkół i czytały polską literaturę, ale żyły dalej w kręgu ludzi pochodzenia żydowskiego.
"W ogrodzie pamięci" to barwna opowieść o kilku pokoleniach bardzo rozbudowanej rodziny Horwitzów, zaczyna się w połowie XIX wieku a kończy na czasach współczesnych, na pokoleniu wnuczki pani Joanny. Wraz z autorką szczerze żałowałam, że tak mało zachowało się zapisków jej babki z czasów młodości (jej pamiętniki spłonęły w Powstaniu Warszawkim), gdyż byłoby to piękne świadectwo życia codziennego w Warszawie z przełomu wieków. Bo czyż takie opisy nie przenoszą nas w inny bajkowy świat?
Kamienica przy Królewskiej mieściła się w okolicy Ogrodu Saskiego. Dzieci chodziły tam często na poobiednie spacery. W alei "Owocowej" był kosik, w którym sprzedawano cukeirki i lemionadę. W alei "Literackiej" - studnia, z której podopieczne Towarzystwa Dobroczynności czerpany najsmaczniejszą wodę na świecie i sprzedawały ją za grosze spragnionym. W alei "Głównej" szumiał gąszcz olbrzymich kasztanów i sypał się na głowę puch z kwitnących drzew. W strugach wody tryskających z fontanny załamywało się światło słoneczne, tworząc czarodziejskie tęcze. Po alejkach biegały elegancko ubrane dziewczynki z piłką lub skakanką, pilnowane przez francuskie bony. (...) W latach szkolnych Ogród Saski przemierzany był dwa razy dziennie, w drodze na pensję i z powrotem. Obok sadzawki, po której pływały bielutkie łabędzie, a w zimie ślizgali się wesoło łyżwiarze i łyżwiarki, wychodziło się na ulice Niecałą i szło dalej przez Plac Teatralny, gdzie starsze siostry trzymały mocno za ręce młodsze i rozglądały się uważnie, przechodząc przez jezdnię, żeby nie wpaść pod wóz albo dorożkę. Potem droga prowadziła przez Senatorską do rogu Miodowej.
Na rogu Senatorskiej i Miodowej stała ogromna stara budowla - Pałac Sołtyka - dawna siedziba biskupów krakowskich. Nowy właściciel wynajmował tam pomieszczenia niezliczonej liczbie lokatorów. Od ulicy Senatorskiej, na parterze, znajdowały się najelegantsze sklepy w mieście: skład szkła i porcelany Izdebskiego, konfekcja damska Thonnesa, zakład zegarmistrzowski Lilpopa, (...) księgarnia Hoesicka.
Warszawa w tamtych czasach była bardzo kosmopolityczna, ale mimo wielkiej różnorodności narodowościowej i kulturowej ludzie pochodzenia żydowskiego byli źle postrzegani,
Ludzi z tego samego środowiska, zasymilowanych inteligentów, łączyły podobne zainteresowania, ale także podobne problemy. Bolały nieufność, niechęć, pogardliwy stosunek polskiego otoczenia do intruzów.
co nasilało się stopniowo i w czasie drugiej wojny przerodziło wręcz w nienawiść (oczywiście byli ludzie Żydom przyjaźni, bez nich nie byłoby Joanny Olczak-Ronikier a historia jej rodziny skończyłaby się w latach 40-tych XX wieku...). Jest to smutny wątek przewijający się przez całą książkę, pokazujący, jak ludzie małostkowi i ograniczeni w swych poglądach dają się ponieść fali zbiorowych uprzedzeń i prowadzi to do bólu i tragedii.

Kobiety w rodzinie Horwitzów były silne, mądre, harde, zaradne, niezależne, a ich mottem życiowym podawanym sobie z pokolenia na pokolenie było Kopf hoch!, czyli Głowa do góry!, co oznaczało zarówno niezamartwianie się rzeczami, na które nie miały wpływu, ale także zachowanie godności i szacunku do samego siebie, patrzenie ludziom prosto w oczy, z podniesionym czołem. Musiały takie być, gdyż mężczyźni albo szybko je odumierali (pradziadek autorki zmarł w wieku 38 lat pozostawiając żonę z dziewiątką dzieci), albo byli słabi psychicznie, skłonni do depresji (jak ojciec autorki), życiowo niezaradni. Dodatkowo byli skłonni do angażowania się w kwestie polityki i ideologii, jak np.: brat babki autorki, który od młodości był pochłonięty ideą socjalizmu i działaczem kolejnych organizacji socjalistycznych i komunistycznych, co mu zresztą w latach 40-tych w Rosji za rządów Stalina, bynajmniej na dobre nie wyszło.
Na przykład musiały przede wszystkim zadbać o dobry ożenek dla swoich córek.
Znalezienie odpowiednich mężów dla córek to wedle tradycji żydowskiej podstawowy obowiązek rodziców. Małżeństwo było zbyt poważną sprawą, żeby zawierać je z miłości. Chodziło przecież o przyszłość dwojga ludzi i ich potomstwa. Kojarzeniem par zajmowali się starsi: rodzina, przyjaciele, zawodowy swat. Przed podjęciem decyzji omawiano szczegółowo zalety i wady obu stron, po kupiecku rozważano wszystkie za i przeciw. Młodzi nie mieli zbyt dużo do powiedzenia.Nieodzownym atrybutem małżeńskiego kontraktu był posag. (...) Staropanieństwo którejś z córek wydawało się życiową katastrofą.
Ale też były zmuszone zadbać o byt swój i rodziny, jak prababka autorki, która znała się na rachunkach i doskonale zarządzała finansami całej rodziny, jak babka, która po śmierci męża podniosła na nogi zadłużone wydawnictwo i wyprowadziła je na prostą a podczas okupacji nadal przez jakiś czas prowadziła działałność wydawniczą i księgarnię na Marszałkowskiej, a jej matka po wojnie w Krakowie, gdzie rzuciły ją wraz z babką wojenne losy, na kilka lat reaktywowała wydawnictwo i prowadziła bogate życie intelektualne.

Jestem też oczarowana tym, jak żyło się w Europie przełomu wieków, bo ze wspomnień o rodzinie Horwitzów wyłania się obraz ludzi inteligentnych, wykształconych, władających wieloma językami i kształconych na wielu europejskich uniwersytetach, swobodnie podróżujących między najbardziej popularnymi i interesującymi miejscami na ówczesnej mapie - Paryż, Wiedeń, Bruksela, Ostenda, Baden Baden, Berlin, Gandawa, Zurich. Rodzina rozsypywała się po całej Europie, ale nadal była ze sobą bardzo zżyta i cały czas utrzymywała kontakt listowy i bezpośredni, bo podróże nie stanowiły dla nich żadnego problemu (a nie wszyscy byli zamożni).
Na przykład tak przygotowywano się do wyjazdu zimą do Zakopanego:
Potrzebne były pszporty, by przekroczyć granicę między Królestwem a Galicją. Zabierano specjalne obuwie sukienne, lub z mocnej skóry, na grubej podeszwie, broń Boże na obcasach. Gumowe płaszcze przeciwdeszczowe. Grube wełniane peleryny z kapturami. Ciepłą bieliznę, bo wieczory bywały chłodne. Dla dam kapelusze z woalkami i parasolki słoneczne, bo słońce górskie paliło mocno. Dla panów podkute laski do górskich spacerów. Lornety, by podziwiać piękno gór. Zapasy herbaty, cukru, araku, świec - na wszelki wypadek.
Mogłabym jeszcze długo pisać o losach rodziny Horwitzów, wspominając ich udział w zawieruchach historii, zaangażowanie w walkę o niepodległość Polski, kontakty z elitą intelektualną Europy, straszne wydarzenia z okresu II Wojny Światowej, narodziny i śmierci, ale pozostawię Was już sam na sam z tą cudowną ksiażką. *^v^*

poniedziałek, 26 stycznia 2009

Haftowane gałgany

Kto nie lubi Krystyny Sienkiewicz i nie podziwia jej artystycznego dorobku? Aktorka STS-u, aktorka teatralna i filmowa (szczególnie pamiętam jej rolę przyjaciółki Joanny w adaptacji "Lekarstwo na miłość" według "Klina" Chmielewskiej, z boską Kaliną Jędrusik w roli głównej albo w mojej ukochanej "Rodzinie Leśniewskich" ^^), występowała w Kabarecie Starszych Panów i u Olgi Lipińskiej. Zawsze uśmiechnięta, nieco liryczna i romantyczna, ale raczej roztrzepana trzpiotka.

"Haftowane gałgany" to autobiografia, ale niezwykła. Nie jest zbyt szczegółowa, chwilami nawet wcale nie mówi o losach naszej bohaterki, a o jej gałgankowym alter ego. A całość udekorowana piosenkami Agnieszki Osieckiej, zdjęciami aktorki i ... jej haftami.
Bo stąd właśnie wziął się tytuł i cały zamysł tej książki - pani Krystyna uwielbia haftować i spod jej ręki przez lata wyszły piękne prace, którymi ozdabia swój dom w Świdrze - prace proste w tematyce, ale bynajmniej nie prostackie czy łatwe w wykonaniu, gdyż są to pracochłonne kolorowe wizerunki ludzi, zwierząt i kwiatów, wyszywane różnymi ściegami i technikami.

Po przeczytaniu tej książki dostałam potwierdzenie takiego wizerunku Krystyny Sienkiewicz, jaki sobie wyrobiłam oglądając ją na scenie - jest to osoba niezwykle ciepła, przyjazna, twórcza, optymistycznie nastawiona do życia, kochająca zwierzęta (w domu w Świdrze zawsze miała i ma spory zwierzyniec ^^), wspaniała gospodyni domowa.

Ze wspomnień z dzieciństwa:
Dotykając palcami kwiatów, strącałam pyłek na pastwiska. To była moja praca.

Apel do kobiet:
Dziewczyny kochane!
Piszę do Was ze świdrzańskiego strychu. Żałuję bardzo, że nie mam takiego zawodu, który pozwoliłby mi na prawdziwe zajęcia domowe. Od razu oczywiście przychodzą mi do głowy tylko przyjemne czynności, bez czarnej prozy. Do takich zaliczam gotowanie specjałków, pastowanie podłogi, haftowanie oraz dekorowanie mieszkania. Urządzanie i ozdabianie moich pieleszy tak, aby różniły się one od innych. Wystarczy, że jesteśmy stłoczeni w identycznych wieżowcach, że dochodzimy do swoich mieszkań podobnymi korytarzami. Przeinaczmy więc nasz dom w myśl mojej dewizy: "człowiek określa mieszkanie, mieszkanie określa człowieka, pokaż mi swoje mieszkanie, a powiem ci, kim jesteś".
Tak samo jest z ubraniem. Nieprawdą jest, że suknia nie zdobi człowieka. Musimy się czymś odróżniać od tłumu. Zadbać o swoją indywidualność. Określić się własnym stylem już od najmłodszych, samodzielnych lat. Przykro, gdy jest się jedynie cząstką anonimowej zbiorowości. (...)
Chcę Wam, kochane, pokazać z bliska obrazki, które wiszą na ścianie mojego mieszkania, abażury, haftowane ubrania, motylki z koronek i koralików, które mogą fruwać po domu nawet w mroźną zimę. Jeżeli moje kąty spodobają się Wam, to może coś zmieni się i w Waszym mieszkaniu. Może skorzystacie z moich doświadczeń. (...)
A jakże cudownie jest (...) siedzień przy oknie nad kawałkiem surówki czy aksamitu, i malować kolorowymi nićmi. Można się wtedy bawić w światłocienie i nucąc fałszywie pod nosem, wyglądać przez okno, żeby coś ściągnąć z natury. Ta moja mania to jest właściwie choroba, której śmiało mogę Wam życzyć.

I pod tym apelem podpisuję się rękami i nogami, bo ja też haftuję! *^v^* (i dziergami, i maluję, i gospodarzę, itp, itd... ^^)

piątek, 19 grudnia 2008

Nowolipie

Bardzo lubię książki opowiadające o początku XX wieku, zarówno w Polsce, jak i w innych częściach Europy. Przełom XIX i XX wieku i czas do wybuchu II Wojny Światowej jest mi z jakichś powodów bliski - kulturowo, estetycznie, nostalgicznie. Drugą grupą ulubionych tematów jest barwna i nieco odmienna od naszej kultura żydowska - znam ją tylko z książek, głównie Singera, a teraz będę ją też poznawać u Hena.

Książką, która łączy te dwa tematy jest "Nowolipie" Józefa Hena, autobiograficzny zapis dzieciństwa pisarza, który wychował się w Warszawie, na Nowolipiu.

Zaczynamy wraz z autorem podróż we wczesnym dzieciństwie, a kończymy wraz z wybuchem II Wojny Światowej, kiedy gimnazjalista Hen opuszcza swoje ukochane Nowolipie i wyjeżdża na wschód (najpierw do Białegostoku, a potem dalej na Litwę).

Źródło: Warszawa 1939

Ale ważne jest to wszystko, co zdarzyło się pomiędzy - beztroskie dzieciństwo i dorastanie, życie rodzinne i jego zawiłości, letnisko w Michalinie pod Warszawą, przekrój społeczeństwa na przykładzie kamienicy na Nowolipiu i zasady nim rządzące, okoliczne sklepiki i jak się w nich kupowało, pan Balbus - miejscowy znachor, pierwsze miłości, koegzystencja Żydów i nie-Żydów, Warszawa w początkach XX wieku, wreszcie to, jak rodził się talent i warsztat pisarski Józefa Hena.

Polecam tę lekturę, bo jest napisana pięknie i interesująco, (autor pisał ją dla swoich wnucząt i często w tekście zwraca się do nich), i przywołuje choć na chwilę świat w dużym stopniu nam nieznany, i już nieistniejący, do którego warto czasami zaglądać, szczególnie, jeśli jest się warszawiakiem. *^v^*

Źródło: Warszawa 1939

poniedziałek, 8 grudnia 2008

Wspomnienia chałturzystki

No ładnie! Ale mam przerwę w recenzjach!...
Ale nie w czytaniu. *^v^*

Złożona chorobą w jeden z weekendów połknęłam "Wspomnienia chałturzystki" Stefanii Grodzieńskiej i muszę powiedzieć, że jest to książka niesamowita.

To fikcyjna historia podszyta autentycznymi wydarzeniami z życia autorki, z występującymi w niej prawdziwymi postaciami znanymi mi z dwóch autobiografii pani Stefanii. Na fabułę składają się dwa dni z życia artystki estradowej, która przyjeżdża do małego miasteczka na spotkanie ze swoim znajomym - młodzieńczą miłością jej życia, który na stałe mieszka za granicą ale zdecydował się odwiedzić swoją starą ojczyznę i przez kilka dni ma przebywać u rodziny. Nasza bohaterka chce temu panu zrobić niespodziankę i bez zapowiedzi zjawia się w owym miasteczku, po czym próbuje się z nim skontaktować, a przeszkadzają jej w tym najróżniejsze osoby i wydarzenia, ale nie będę więcej zdradzać, bo popsuję Wam przyjemność z lektury.

Oprócz warstwy fabularnej, napisanej lekkim i zabawnym językiem wytrawnej felietonistki, niewątpliwą zaletą tej ksiażki jest coś, co ja nazwałabym "podręcznikiem chałturzysty estradowego" *^v^* Autorka dokładnie wyjaśnia, co to jest dla artysty owa "chałtura", podaje liczne przykłady z życia wzięte a nawet rozkłada taką chałturę na czynniki pierwsze i zdradza tajniki zakulisowych działań na wypadek spóźnień, niedojechań i wpadek wykonawców na żywym przykładzie dwóch przedstawień, jakie odbywają się w miasteczku podczas pobytu w nim naszej bohaterki (w jednym z nich bohaterka bierze udział jako widz a w drugim jako konferansjer na zastępstwo za chorego kolegę).

Co tu dużo mówić, śmiechu jest przy czytaniu co nie miara, a przy okazji zaznajamiamy się z występami estradowymi "od kuchni". Nie mówiąc już o wątku miłosnym, ale o tym nic nie napiszę, sami się przekonajcie, jak było. ^^

sobota, 15 listopada 2008

Już nic nie muszę

Znowu Grodzieńska, tym razem pierwsza autobiografia z 2000 roku, w formie wywiadu przeprowadzonego przez Beatę Kęczkowską, bogato przeplatana tekstami satyrycznymi pani Stefanii i wierszami jej męża, Jerzego Jurandota. Jako dodatek pani Stefania opisuje kilka ważnych dla niej postaci - swoją matkę, przyszywanego dziadka, Janusza Minkiewicza, Jana Brzechwę.

Nie przeszkadza mi, że niedawno czytałam o tych samych wydarzeniach, w formie bardziej narracyjnej, w tej książce pojawiają się elementy z życia pisarki, których nie zawarła w "Nie ma się z czego śmiać" i vice versa, więc obydwie te ksiażki uzupełniają się wzajemnie.

Skąd taki tytuł?
Inspiracją były rozmowy prowadzone ze swoją przyjaciółką, kiedy jako młode dziewczyny były uczennicami szkoły baletowej:
Rozmawiałyśmy o żarciu. Wtedy nie było anorektyczek i bulimistek. Były chude i tłuste. My, tancerki, musiałyśmy być chude.
- Jak będę stara - mówiłyśmy rozmarzone - to na śniadanie będę jadła trzy bułki grubo z masłem i z kiełbasą i do tego kakao z cukrem.
- A na obiad zupę ze śmietaną i z kluskami.
- Dwa talerze. I dużo klusek.
A inne tematy?
- Będę spała, aż się sama obudzę. W ogóle nie będę miała budzika.
Nasze wizje zawsze zaczynały się od tęsknego weschtnienia:
- Jak będziemy stare...
- Będziemy grube. Nie będziemy musiały się podobać.
- W ogóle nic nie będziemy musiały!
I właśnie to wspomnienie zaświtało mi siedemdziesiąt lat później. Młodzieńcze marzenia się spełniły.
Jestem stara i już nic nie muszę.

Co mi się głównie rzuca w oczy w tej biografii to obraz Jurandota, jakiego nie znalazłam w "Nie ma się..." - rozpieszczonego mamisynka kobieciarza. Stefania Grodzieńska mówi o tych cechach wprost (a ich córka jeszcze otwarciej ^^) ale się nie skarży, i czuć podziw i miłość, jaka łączyła pisarkę z mężem.
Na przykład taki obrazek:
Z gorliwością świeżej małżonki przyszykowałam obfite śniadanie, ładnie nakryłam do stołu. Zasiedliśmy do jedzenia. Zajęta przygotowywaniem sobie kanapki dopiero po chwili zwróciłam uwagę, że mój dopiero co poślubiony mąż siedzi bezradnie i nic nie je. Rozkroiłam bułeczkę i położyłam mu na talerzu. W duchu zachwyciłam się, że taki dobrze wychowany, nie zaczyna beze mnie.
- No, jedz - zachęciłam.
- Kiedy nie mogę.
- Dlaczego?
- Bo nieposmarowane.

Albo ze wspomnień córki:
Złościł mnie jego nieprzezwyciężony wstręt do jakichkolwiek zajęć domowych. Oczekiwał obsługi. Wracał do domu z jakiegoś spotkania towarzyskiego i bez względu na nasze zmęczenie, migrenę lub akcję filmu w tv ogłaszał (zawsze w tej samej formie):
- Kto ma ochotę zrobić mi herbatę?
Wkurzona, zawsze próbowałam obwieścić, że absolutnie nikt, ale nigdy nie zdążyłam. Mama już była w kuchni. Nie do wiary! Ten facet nigdy, ani razu, nie wziął sobie sam herbaty! Kiedy próbowałam robić mamie wymówki, odpowiadała:
- Jeśli ma się do czynienia z takim człowiekiem, to robienie herbaty naprawdę nie jest wysoką ceną.

Teraz zabieram się za Grodzieńskiej "Wspomnienia chałturzystki". *^v^*

środa, 12 listopada 2008

Z dziennika

O śmiertelnych chorobach nie pisze się książek, ludzie nie chcą o tym czytać, jakby sam fakt czytania o raku miał spowodować zarażenie się tą chorobą. Konieczność okresowych badań albo chociażby własnoręczne zbadanie piersi pod prysznicem jest odsuwane "na później", na "kiedy indziej". Jakby sam fakt niedotykania tematu świadczył o tym, że temat nie istnieje.

Mam guzek w piersi. Na szczęście po biopsji okazało się, że to niegroźna fibroadenoma, która od lat nie zmienia swoich rozmiarów, dlatego też nie decyduję się na razie na usunięcie operacyjne. Co nie zmniejsza mojego niepokoju, kiedy co 6 miesięcy robię kontrolne USG, ale nie uciekam od tych badań. I wiem, że gdybym znalazła się w sytuacji pani Krystyny, bez wahania podjęłabym taką samą decyzję - usunięcie piersi.

To bardzo źle, że przed przeczytaniem tej książki wiedziałam, że opowiada ona o roku z życia pani Krystyny Kofty, kiedy zachorowała na raka. Źle, bo od początku czekałam w napięciu, w jakimś takim rozedrganiu, jak na wyrok, kiedy wreszcie pojawi się pierwsza wzmianka o chorobie. A poczekać musiałam przez ponad 100 stron.

Co dziwne, kiedy wreszcie autorka dowiaduje się, że ma raka piersi i idzie na operację, uspokoiłam się i czytałam dalej bez poprzednich emocji, ale może to zasługa pani Krystyny, która chorobę znosiła bardzo dzielnie.
Książka została napisana w formie dziennika, zaczynamy w Sylwestra, i dzień po dniu towarzyszymy bohaterce do następnego Sylwestra. Co ciekawe, zapiski "sprzed momentu rozpoznania choroby" są dosyć sztywne, suche, zimne, dużo o polityce, cyniczne, a zapiski po operacji stają się dużo bardziej osobiste (co zrozumiałe) ale też cieplejsze, ciekawsze, mimo, że nie są wyłącznie radosne, więcej w nich człowieka. Dużo w nich bólu, cierpienia, ale też uśmiechu, prostych radości dnia codziennego, nadziei, małych zwycięstw od jednego badania krwi do drugiego, jednej chemii do drugiej.

Czy ten dziennik zostałby opublikowany, gdyby pani Krystyna ostatecznie przegrała walkę z rakiem? Czy pisałaby go, gdyby kolejne badania dawały złe wyniki? Nie wiem, ale wydaje mi się, że takiej osobie jak Krystyna Kofta musiało się udać, bo też ona sama nie dopuszczała do siebie myśli, że może być inaczej niż dobrze, a siła pozytywnego myślenia i gotowość do walki i stawiania czoła przeciwnościom (ciepienie fizyczne po chemii i psychiczna niepewność bliższego i dalszego jutra - możliwość przerzutów) niosły ją jak na skrzydłach i wspomagały jej rekonwalescencję.

Cytaty:
17 lutego, niedziela
Czytanie, śniadanie, pisanie, taka kolejność.
Potem, podczas pracy, gapienie się na zieleń, którą już widać, już jest inna niż zimowa. Niebo inne i ptaki przeczuwające wiosnę. Wyspokojenie organizmu.

- Mówić? - pyta pani doktor Monika N.
- Mówić. - odpowiadam.
- Ma pani raka. - Krótko i węzłowato.
- Czy jest złośliwy? - pytam bez sensu.
- Każdy rak jest złośliwy. - odpowiada pani doktor.

Gdy Bożena wyszła, siadłam w ogrodzie przy stole i zaczęłam myśleć o tym: Czy teraz jestem bardziej człowiekiem niż kobietą? Chyba nie tylko z tego powodu, że brak mi jednej piersi.

niedziela, 9 listopada 2008

Nie ma z czego się śmiać

Ależ śmiałam się, prawie cały czas! *^v^*
Oprócz oczywiście momentów, w których nie było za bardzo do śmiechu - kiedy czytałam o II Wojnie Światowej albo kiedy autorka opisuje chorobę i umieranie swojego męża, Jerzego Jurandota. Wtedy płakałam.

Mowa o książce "Nie ma z czego się śmiać" Stefanii Grodzieńskiej.
Twórczość pani Stefanii znałam dotychczas tylko z tekstów satyrycznych przypominanych przez Powtórkę z Rozrywki w Trójce, natomiast w swej ignorancji nie wiedziałam nic o jej działalności teatralnej (była współtwórcą teatru Syrena), konferansjerskiej, felietonistycznej. A już na pewno nie znałam jej pasji, fascynacji, i całej tej niesamowitej historii jej życia, która była udziałem wielu intelektualistów urodzonych na początku XX wieku, bo wszyscy oni się znali, trzymali razem i razem tworzyli - to pokolenie Dymszy, Tuwima, Jurandota, Brzechwy, Minkiewicza, Bielickiej, Kwiatkowskiej...

Pani Grodzieńska pisze ciekawie, zręcznie, pięknie. Dowcipnie i z przysłowiowym jajem, a jej styl bardzo przypomina pisanie innej mojej ulubionej autorki - Joanny Chmielewskiej (chociaż powinnam powiedzieć odwrotnie, bo Grodzieńska była pierwsza pokoleniowo *^v^*). Przez całą ksiażkę czytelnik ma wrażenie, że jest z nim prowadzony dialog, pełen faktów, ciekawostek, ploteczek, dygresji i aproposów. Nie można się od tej książki oderwać (odkładałam ją o drugiej w nocy, kiedy już dziubałam nosem kartki).

Wybrane cytaty (tylko dwa, mi najbliższe, bo jest ich tak wiele, że musiałabym przepisać całą książkę... ^^)

W żadnym wypadku nie można mnie nazwać "orłem kulinarnym". Orzeł kulinarny to nie ptak do zjedzenia na wzór bażanta, ale kura domowa, która potrafi takiego bażanta przyrządzić. Niech żadna prawdziwa Pani Domu nie poczuje się urażona, w moich ustach "kura domowa" to pełen podziwu komplement!

Szanuję tylko taką literaturę, w której każde słowo jest przemyślane i czemuś służy. Mogą to być kryminały, romansidła czy eseje, mogę się z autorami zgadzać lub nie, ale jeśli wierzę, że chcą mnie czymś zainteresować albo do czegoś przekonać, albo po prostu zabawić, czytam i przejmuję się tym, co przeczytałam. Nie cierpię być zalewana potokiem mowy, mającej za cel wyłącznie wykazanie mądrości, elokwencji i zasobu słów - czy to naukowych, czy angielskich, czy obscenicznych - autora. Takimi ksiażkami z radością rzucałabym o ścianę, gdybym rzucała ksiażkami o ścianę. A może to niezły pomysł? Taka terapia... Spróbuję i dam Ci znać.