
Zabieram ze sobą książki, oczywiście! *^v^*
"Ostatnie weschtnienie Maura" Salmana Rushdiego - och, cóż to jest za książka!...
Źródło: Bombay HarborGorąco polecam!(...) kłótnie nagich dzieciaków trzaskających się po twarzach pod hydrantem u wejścia do czynszówki; czarną rozpacz robotników, bezczynnie palacych skręty na stopniach zamkniętych aptek; milczenie fabryk; wrażenie, że krew, którą nabiegły oczy mężczyzn, tryśnie i zaraz zatopi ulice; twardość kobiet - przykucniętych u prymusa, ze skrajem sari zarzuconym na głowę, obok dźopadpatti, szałasów budowanych wprost na bruku - usiłujących wyczarować posiłek wprost z powietrza; panikę w oczach zbrojnych w pałki policjantów, lękających się, że pewnego dnia, gdy nastanie wolność, zostaną uznani za prześladowców; hardośc i napięcie strajkujących marynarzy u bram portu i przy nabrzezu Apollo, widoczną na ich twarzach dumę psotnych dzieciaków, kiedy z ustami pełnymi prażonego grochu patrzą na unieruchomione, stojące na kotwicy statki i powiewające na nich czerwone flagi na cześć rewolucji; unicestwioną arogancje brytyjskich urzędników, od których władza oddaliła się jak odpływ, ich samych zostawiając na brzegu w strzępach imperialnych szat, z nawykiem paradowania krokiem zwycięzcy, (...)

Jechaliśmy przez wielki most, słońce między przęsła rzucało migotliwe smugi światła na pędzące samochody, a za rzeką rosło miasto w białych bryłach i kostkach cukru, miasto zbudowane z pragnień, za pieniądze, które nie cuchną. Nowy Jork widziany z mostu Queensboro jest zawsze miastem widzianym po raz pierwszy, z jego pierwszą, szalona zapowiedzią wszystkich cudów i pięknego świata.Tak wyglądał Nowy Jork lat 1920-tych zza szyb luksusowego samochodu Jay'a Gatsby'ego, jednak naszemu głównemu bohaterowi książki "Wielki Gatsby" F. Scotta Fitzgeralda, Nickowi Carraway, nie dane jest tym samochodem podróżować codziennie, ponieważ niestety nie jest zbyt zamożny. Jednak udaje mu się wynająć domek na modnych przemieściach Nowego Jorku i w ten sposób staje się sąsiadem obrzydliwie bogatego Gatsby'ego i wtapia się w jego towarzystwo.
To historia o głupich pustych bogatych kobietach, o zaprzepaszczonej szansie na wielką romantyczną miłość, o ludzkiej obłudzie i pasożytowaniu na powodzeniu innych, o niszczącej sile pieniądza.Nie mogłem przebaczyć mu ani czuć do niego sympatii, lecz wiedziałem, że uważa swoje postępowanie za całkiem usprawiedliwione. Ileż w tym wszystkim było lekceważenia, niedbalstwa i zamętu! Nie przejmowali się niczym, (...), niszczyli rzeczy i ludzi, a potem wracali do stanu absolutnej beztroski, do swoich pieniędzy, do tego wszystkiego, co trzymało ich razem, i piwo, którego nawarzyli, kazali pić innym...
Źródło: WikipediaO szarej godzinie, w tym pełnym czarów mieście, odczuwałem niekiedy wzbierającą samotność i czułem ją w innych - biednych, młodych urzednikach, którzy snuli się przed wystawami aż do samotnej kolacji w knajpie - w tych młodych urzędnikach, marnujących o zmierzchu najcenniejsze chwile nocy i życia.
Źródło: WikipediaTak oto dążymy naprzód, kierując łodzie pod prąd, który nieustannie znosi nas w przeszłość.
Sprawdzałam już, jak wygląda "Zima w Sztokholmie", więc spontanicznie postanowiłam razem z Antoniem Munoz Moliną zobaczyć, jaka jest "Zima w Lizbonie". *^v^*Wyobrażał sobie miasto zasnute mgłą, tak jak San Sebastian albo Paryż. Zaskoczyła go przejrzystość powietrza, czystość różu i ochry fasad domów, jednolitość czerwieni dachów, nieruchome złote światło na wzgórzach miasta, lśniących jakby po niedawnym deszczu. Z okna swojego pokoju w hotelu o mrocznych korytarzach, gdzie wszyscy mówili ściszonymi głosami, widział plac z domami o identycznych balkonach i pomnik jakiegoś króla na koniu, wyniośle wyciągającego rękę w kierunku południowym.
Źródło:PrzewodnikNie pamiętał, ile czasu, ile godzin czy dni krążył jak lunatyk po ulicach i schodach Lizbony, po brudnych zaułkach i wysokich tarasach, po placach z kolumnadami i pomnikami królów na koniach, pomiedzy mrocznymi sklepami i portowymi śmietnikami, i dalej, po drugiej stronie nie kończącego się czerwonego mostu, przerzuconego nad rzeką szeroką jak morze, po przedmieściach bloków wznoszących się jak latarnie albo wyspy pośród pustych przestrzeni, po fantasmagorycznych stacjach w pobliżu miasta, których nazwy czytał, nie mogąc sobie przypomnieć tej, na której widział Lukrecję.
To dokładnie mój ulubiony rodzaj jazzu. *^v^*Na początku słychać było jakby szum igły przesuwającej się po płycie, potem dźwięk ten przechodził w szelest miotełek dotykających metalowych talerzy perkusji i w pulsowanie, podobne do bicia serca. Dopiero później delikatnie wchodziła trąbka, Billy Swann grał, jakby obawiając się kogoś obudzić. Po chwili pojawiał się fortepian Biralba, wskazujący ostrożnie drogę i wydający się gubić ja w ciemnościach, który wracał później, aby zabrzmieć bogactwem wszystkich dźwięków tematu, jakby ktoś, kto wcześniej zabładził we mgle, nagle znalazł się na szczycie wzgórza, skąd rozpościerał się widok na skąpane w słońcu miasto.
Wrócił do miasta, aby się w nim zagubić, tak jak w tych nocach muzyki i bourbona, które zdawały się nie kończyć nigdy. Teraz jednak zima przyciemniła ulice, a mewy krążyły ponad dachami i posągami na koniach, jakby szukając schronienia przed mostkimi burzami. Każdego wczesnego wieczora następowała taka chwila, w której miasto wydawało się całkowicie wzięte w posiadanie przez zimę. Znad rzeki unosiła się mgła, rozmywając horyzont i najwyższe budynki w dolinach, a czerwona konstrukcja mostu przerzuconego ponad szarymi wodami rozciagała się w nieskończoność. Wtedy zaczynały się zapalać światła, rzędy latarni w alejach, reklamy, które gasnąc i mrugając tworzyły nazwy i obrazy, krótkotrwałe neonowe linie, zabarwiając na różowo, czerwono i niebiesko niskie niebo Lizbony.
"Nieznośna lekkość bytu" Milana Kundery nie ma w sobie nic z lekkości lektury.Ale czy ciężar jest naprawdę straszny, a lekkość wspaniała? Najcięższe brzemię nas powala, przyciska do ziemi, upadamy pod nim. Ale w poezji miłośnej wszystkich wieków kobietra pragnie być obciążona brzemieniem męskiego ciała. Najcięższe brzemię jest jednocześnie obrazem najintensywniejszej pełni życia. Czym cięższe brzemię, tym nasze życie bliższe jest ziemi, tym jest realniejsze i prawdziwsze.
W przeciwieństwie do tego całkowity brak brzemienia sprawia, że człowiek staje się lżejszy od powietrza, wzlatuje w górę, oddala się od ziemi, od ziemskiego bytowania, staje się na wpół rzeczywisty, a jego ruchy są tyleż swobodne co pozbawione znaczenia.
Cóż więc mamy wybrać? Ciężar czy lekkość?
Jest to książka piękna, smutna, madra, trudna, dająca dużo do myślenia, wielowymiarowa, prawdziwa. Czuję, że nie potrafię jej dobrze zrecenzować, po prostu trzeba ją przeczytać samemu.Nie ma żadnej możliwości, by sprawdzić, która decyzja jest lepsza, bo nie istnieje możliwośc porównania. Człowiek przeżywa wszystko po raz pierwszy i bez przygotowania. To tak, jakby aktor grał przedstawienie bez żadnej próby. Cóż może być warte życie jeśli pierwsza próba już jest zyciem ostatecznym? Dlatego życie zawsze przypomina szkic. A nawet szkic nie jest właściwym określeniem, bo szkic jest zawsze zarysem czegoś, przygotowaniem do obrazu, gdy tymczasem szkic, jakim jest nasze życie, jest szkicem bez obrazu, szkicem do czegoś, czego nie będzie.
Cóż za odmiana po oszczędnej w słowach Szwedce!
Źródło: WikipediaLublina jest w tej książce niestety mało, za to sporo jest Warszawy końca XIX wieku.Zapadł zmierzch. za miastem było jeszcze dość jasno, ale w wąskich uliczkach i między wysokomi budynkami panował już mrok. W sklepach zapalano lampy naftowe i świece. Ulicami szli brodaci Żydzi w długich kapotach i butach z szerokimi cholewami, w drodze na wieczorne modły. Księżyc był na nowiu, księżyc miesiąca Siwan. Na ulicach stały wciąż kałuże, ślady wiosennego deszczu, choć cały dzień słońce mocno grzało. Tu i ówdzie ze ścieków wypływała cuchnąca woda; powietrzem niósł się zapach końskiego gnoju i krowiego łajna oraz świeżo udojonego mleka. Z kominów unosił się dym; gospodynie przygotowywały posiłek wieczorny: zupa z kaszą, duszone mięso z kaszą, grzyby z kaszą. (...) Na świecie, wszędzie poza Lublinem, wrzało. Co dzień polskie gazety zamieszczały wiadomości o wojnie, rewolucji lub kryzysie. Wszędzie wypędzano Żydów ze wsi. Wielu emigrowało do Ameryki. Ale tu, w Lublinie, odczuwało się tylko stabilnośc z dawna istniejącej społeczności. Niektóre synagogi zbudowano jeszcze za czasów Chmielnickiego. Na cmentarzu leżeli rabini, jak również autorzy komentarzy, prawnicy i święci, a każdy miał własny nagriobek lub kapliczkę. Panowały tu dawne obyczaje: kobiety zajmowały się interesami, mężczyźni studiowali Torę.
Przejechawszy most Praski wóz znalazł się w natłoku domów, pałaców, omnibusów, powozów, dorożek, sklepów, kawiarni. Powietrze pachniało świeżo upieczonym chlebem, kawą, gnojem końskim, dymem kolei i fabryk. Przed zamkiem, zajętym przez rosyjskiego generała-gubernatora, grała orkiestra wojskowa. Widocznie obchodzono jakieś swięto, gdyż z każdego balkonu powiewała rosyjska flaga. Kobiety nosiły już słomkowe kapelusze o szerokich rondach, przybrane sztucznymi owocami i kwiatami. Beztroscy młodzi ludzie w słomkowych kapeluszach i jasnych ubraniach spacerowali kręcąc laskami. W tym gwarze gwizdały i syczały lokomotywy, szczękały złacza wagonów. Odchodziły stąd pociągi do Petersburga, Moskwy, Wiednia, Berlina, Władywostoku. Gdy skończył się okres otrzeźwienia, który nastąpił po upadku powstania 1863 roku, Polska weszła w wiek uprzemysłowienia. (...) W Warszawie zerwano drewniane chodniki, zainstalowano kanalizację w domach, ułożono szyny dla tramwajów konnych, budowano wysokie domy oraz place i hale targowe. W teatrach rozpoczął się nowy sezon dramatyczny, komediowy, operowy i koncertowy. Wybitni aktorzy i aktorki przybywali z Paryża, Petersburga, Rzymu, a nawet z dalekiej Ameryki. Księgarnie oferowały świeżo wydane powieści, jak również książki naukowe, encyklopedie, leksykony i słowniki.
Na ulicy Królewskiej powietrze było czyste. Z drzew w Ogrodzie saskim opadały ostatnie kwiaty. Przez sztachety widać było rabaty, cieplarnie pełne egzotycznych roślin oraz kawiarnię, w której młode pary jadły drugie śniadanie pod gołym niebem. Zaczął się właśnie sezon loterii i went dobroczynnych. Niańki i bony popychały wózki z dziećmi. Chłopcy w marynarskich ubrankach toczyli koła poganiając je pałeczkami. Malutkie dziewczynki, ubrane jak eleganckie panie, grzebały w piasku wykopując kamyki kolorowymi łopatkami. Inne tańczyły wkoło.W parku znajdował się też teatr letni, ale Jasza nie występował w nim nigdy. Jako Żyd miał tam wstęp wzbroniony.
Ulica Freta była ciemna i wąska. Ale Franciszkańską oświetlały latarnie gazowe i lampy w sklepach, wciąż jeszcze otwartych wbrew przepisom. Tu kupcy handlowali skórą i wyrobami tekstylnymi, modlitewnikami i piórami. Handlowano nawet w mieszkaniach na piętrze, a przez okna widac było, że mieszczą się tu też rozmaite fabryki i warsztaty. Zwijano nici, klejono pappierowe torby, szyto bieliznę i parasole, robiono trykotaże. Z podwórzy dolatywał odgłos piłowania i kucia oraz stukot maszyn. (...) Piekarnie pracowały pełną parą a kominy wyrzucały dym i popiół.Z szerokich, pełnych pomyj rynsztoków unsił się znajomy fetor, który przywodził na pamięć Pisaki czy Lublin. Młodzi ludzie w długich chałatach, o potarganych pejsach, szli z ksiągami talmudycznymi pod pachą.W okolicy znajdowała się jesziwa oraz kilka szkół chasydzkich.
Ulica Gnojna była zalana słońcem, pełna załafowanych fur i koni, zamiejskich kupców i faktorów, handlarzy i handlarek, głośno zachwalających rozmaite towary. "Wędzone śledzie!" - wołali - "Świeże bajgełe!" - "Gotowane jajka na gorąco!", "Groszek z fasolka cukrową!", "Placki ziemnniaczane!". Z bram wyjeżdżały wozy wiozące drewno, mąkę, skrzynki, beczki, towary przykryte płachatmi, matami i workami. Sklepy sprzedawały olej, ocet, szare mydło, smar do osi.
Źródło: Lublin. Pamięć miejscaByło południe i karczma Bejły świeciła pustką. (...) Na podłodze rozrzucono świeże trociny, a na szynkwasie postawiono pieczoną gęś, nóżki cielęce w galarecie, siekane śledzie, placki jajeczne i precle.
Natychmiast zabrała się do przygotowywania świątecznego posiłku. (...)Podała rybę, kluski na mleku, pierogi z serem i cynamonem, na deser kompot ze śliwek i babkę piaskową oraz kawę.
Zawsze coś jej z Lublina przywoził, różne smakołyki, wątróbkę, chałwę lub ciastka z cukierni. (...) Elżbieta ugotowała pierogi z wiśniami i serem, posypane cukrem i cynamonem. Na stole stała butelka wiśniówki, jak również słodki likier przywieziony przez [Jaszę] z Warszawy w czasie poprzedniej wizyty.(...) Po kawie i pączkach Elżbieta zaczęła wspominać; (...)
Oj, powiało mi tą zimą w środku lata, powiało. Ale nie tylko ze względu na miejsce akcji książki "Zima w Sztokholmie" Agnety Pleijel.Sztokholm w listopadzie:
miasto arktyczne, pod żaglem, szarobure niebo, domy odwrócone do góry nogami, powoli zanurzające się w wodzie. Krótka, gorączkowa purpura w szczelinie między ciemnością ziemi i nieba. Blade światła neonu za oknami autobusu, patetyczne wykrzykniki. W listopadzie Sztokholm jest nie do opisania, żałobna wędrówka ku zimie.
Pod skrzydłem samolotu zobaczyłam swoje rodzinne miasto, jak żyrandol mieniace się w ciemności. Opasane sznurem pereł, skrzącą się urodą autostrad.
Źródło: WikipediaWoda w Strommen czarna jak atrament. Obok gmachu opery natarczywe kaczki pływały tam i z powrotem wśród ogłuszającego kwakania. Było zimno.
Czekali na windę po spacerze wzdłuż Skeppsbron, gdzie zgiełkliwy ruch ulicy uniemożliwiał rozmowę. Jaskrawe cytrynowożółte smugi światła wciąż widoczne były nad Lidingo. patrzyli jak gasną. Z mostu widzieli mieniacą się wodę miasta.
Zima Ringvagen staje się wietrzną trasa przelotową, przez nikogo nie lubianą.
Źródło: Stephen CarsonCienkie pasemka śniegu, białe i przezroczyste, niespokojnie przecinały ulicę, wzbijając się w górę. W oddali, za bezlistnymi drzewami parku, widac było szare budynki Hornsgatan, jeszcze dalej prostą wieżę kościoła Hogalid, w a kierunku północno-zachodnim, na tle nieba - sylwetkę ratusza.
Zatoka Arstaviken pokryła wodę cienką warstwa lodu, mieniaca się błękitem. Nadbrzeżna trzcina zastygła w lodzie. Środkiem zatoki przebiegał tor wodny.
Na plaży poniżej widzieli inna parę. Mężczyzna leżał na plecach; podpierając sie na łokciach, skierował wzrok w dal. Kobieta przykucnęła obok niego. Przy stopach zebrała niewielki stos kamieni. Spojrzawsze na mężczyznę, wrzuciła kamień do wody. Wzrok mężczyzny powędrował w kierunku amerykańskiego kontynentu. Kobieta, zerkając w jego stronę, ponownie wrzuciła kamień do wody. Żadnej reakcji w sztywnym karku mężczyzny. kobieta siedziała przez chwile bez ruchu, ze spuszczonymi ramionami, po czym wybrała nowy kamień, większy tym razem i spojrzawszy na mężczyznę spod grzywki, wrzuciła kamień do morza. Chlupnął i bryzgnął wodą. Mężczyzna w prowokacyjny niemal sposób nie zwracał na nią uwagi. Co się działo? Prowadzili swojego rodzaju rozmowę. Tak rozmawiają mężczyźni i kobiety, pomyślała, obserwując ich.
Książka, która tak się zaczyna, nie może być nieciekawa. *^v^*Wszystko zaczęło się od paczki z suszonym węgorzem.
Mieszkamy z Redem w spieczonym słońcem miejskim molochu, który nazywa się Pekin.
(...)żyjemy jak para krabów pustelników zamknięci w ogromnym wieżowcu. Budynek liczy dwadziecia pięć pięter, my zajmujemy mieszkanie na parterze. (...) Nigdy nie trzymaliśmy w domu kota, nie wspominając juz o psie, za to hodowaliśmy kiedyś kilka roślin doniczkowych, podobno kwitnących. Nie dowiedzieliśmy się jednak, czy rzeczywiscie zakwitają, ponieważ dwudziestopięciopiętrowy wysokościowiec z naprzeciwka, identyczny jak nasz, zasłania nam słońce i w zasadzie nie dociero ono do okien naszego parterowego mieszkania. (...)
Oczywiście są jeszcze inni lokatorzy tego wysokościowca, (...) Odnoszę wrażenie, że czysta witalność, nagromadzona energia ich pwrzedniego bytu, kładzie się nad nami warstwa za warstwą i wypełnia wszystkie dwadzieścia pięć pięter.
Źródło: WikipediaNasza bohaterka Koral pracuje w wypożyczalni kaset video i w ten sposób utrzymuje siebie i swojego chłopaka próżniaka Reda, który twierdzi, że "pracują tylko idioci" i z zapałem gra we frisbee. Nie ma między nimi głębszych więzów uczuciowych.Pekin tętni życiem, codziennie od rana nieodmiennie. Coraz wyżej pną się nowe wysokościowce, wkraczają już w przestrzeń nisko latających samolotów, a Red i ja pozostajemy skuleni na parterze.
Latem Pekin jest gorący jak spieczony pomidor. (...) Do tego dochodzą dźwięki naszego miasta, o róźnym natężeniu: wyzwiska, którymi obrzucają się taksówkarze, okrzyki w rodzaju: "Wszystko tylko po dziesięć juanów" albo "Wiadomości wieczorne", i niekończący się koncert rowerowych dzwonków.Pewnego dnia Koral dostaje paczkę, w której znajduje się wspomniany na początku wędzony węgorz, i zaczyna wspominać swoje dzieciństwo w rybackiej wiosce Shi Tang, i niestety w większości nie są to miłe wspomnienia.
Pierwszego dnia, w obecności swoich teściów i dziesięć lat starszego od niej męża, moja babka wpatrywała się chwilę w kręgosłup ryby, zjedzonej z jednej strony, aż wreszcie doszła do wniosku, że nalezy odwrócić rybę na drugi bok. Gdy tylko tak zrobiła, jej teść, który przez całe życie był kapitanem łodzi, ogromnie się zdenerwował, podobnie zreszta jak jego małżonka. (...) Rybacy w wiosce utrzymywali bowiem, że nie wolno odwracać ryby na talerzu, bo morze przewróci łódź do góry dnem. Jeżeli ktoś chciał zjeść spodnią część ryby, powinien wydłubać mięso pałeczkami.
Źródło: WikipediaDźwięk zegara dworcowego, który wybił północ, niósł się echem ulicą Changan, główna arterią miasta. To Pekin, nasze miasto. Plac Niebiańskiego Spokoju rozciąga się na wschód, Pachnące Wzgórza na zachód. Udało nam się złapać ostatni autobus, który zawiezie nas do naszego domu na przedmieściach na zachód od centrum. Z okna autobusu, pędzącego przez pociemniałe miasto, latarnie uliczne wyglądają jak niekończący się łańcuch małych fajerwerków.

Wiem, że jest wielu ludzi, którzy nie są w stanie znieść mrocznego pisania w dekadenckim tonie - wiecie, kiedy się pisze o sobie w taki sposób, jakby się pisało o kimś innym. Jeżeli jesteś jedną z tych osób, przerwij lekturę w tym miejscu. nie mam zamiaru cię przymuszać.
Czyż nie były to myśli, które każdy z nas miał na jakimś etapie naszej edukacji? *^v^*Nienawidziłam szkoły z każdym dniem bardziej. Nie chciałam więcej się uczyć tego chłamu, nie chciałam więcej marnować czasu. Wyniosłam stamtąd wszystko, co mogłam.
Źródło: WikipediaTrudno mi się z nią nie zgodzić. Tylko czy od razu trzeba te przemyślenia wydawać w formie książki? Może trzeba, żeby młodzież poczuła, że gdzieś na świecie ich rówieśnicy mają takie same problemy.Pisałam wprawdzie o doświadczeniach chińskiej dziewczyny, ale młodzi ludzie wszędzie mają podobne problemy.
Czy powinno się iść za chwilowym porywem, odrzucając przezorność, czy polegać na własnych siłach i uporczywym dążeniu do sukcesu - jedynego sukcesu, z jakiego możemy być dumni? W jaki sposób normalny człowiek może rozpoznać, co jest słuszne, a co nie?
Musi być na tym świecie coś wazniejszego niż prawda, musi być coś ważniejszego niż uczucia, ważniejszego niż pieniadze, ważniejszego niż samo życie.
Czym jest to coś?
Powieść ukazuje okres przełomu w kulturze i obyczajowości Japonii XX wieku (1929). Komplikacje uczuciowe i życiowe bohaterów spowodowane są w głównej mierze konfliktem pomiędzy tradycyjnym wychowaniem, urzekającym wpływem dawnej kultury a nowymi tendencjami w życiu społecznym i obyczajowym.
Dawno nie pałałam taką niechęcią do bohaterów książki. Dlaczego?- Wspominając o najbardziej odpowiednim czasie dla nas wszystkich, miałem na myśli również porę roku. Bo przecież nasilenie smutku w dużej mierze zależy od stanu pogody. Najtrudniej byłoby rozstawać się jesienią, w najsmutniejszej porze roku. Słyszałem o mężczyźnie, który gotów był się rozwieść, ale kiedy żona zaczęła płakać i prosić, żeby dbał o siebie bo "teraz będzie coraz zimniej", nagle zrezygnował ze swego zamiaru. (...)
- Chcesz powiedzieć, że najlepiej rozstawać się w okresie słonecznym, ciepłym, jak teraz?
- Tak. Teraz jest jeszcze chłodno, ale robi się coraz cieplej, wkrótce zaczną kwitnąć wiśnie, a drzewa i pola okryją się zielenią... Myślę, że w takich warunkach byłoby mniej smutno. (...) Latem też nie byłoby tak źle, (...)
Mija okazja za okazją, a ja nie mogę się zdecydować, i nic na to nie poradzę.
(...) Nie możemy dłużej pozostawać małżeństwem, a w istocie już przestaliśmy nim być. I ja, i Misako dobrze o tym wiemy, ale nie możemy się zdecydować i wybrać między krótkotrwałym bólem a cierpieniem, które by nam towarzyszyło do końca życia. A właściwie nawet i to nie, decyzja już zapadła, ale cały kłopot w tym, że nie mamy odwagi jej zrealizować.
Źródło: BritannicaKaname nie lubił gidayu z Osaki przede wszystkim dlatego, że nie znosił ich na pozór nieokrzesanego czy szostkiego sposobu recytacji. Przejawiające się w sposobie prowadzenia narracji cechy mieszkańców Osaki budziły niechęć zarówno w nim, jak i w żonie, obojgu urodzonych w Tokio; odstręczała ich owa szczególna zuchwałość i bezwstyd czy może zupełny brak taktu w dążeniu do celów osobistych. Wszyscy typowi tokijczycy są raczej powściągliwi i wstydliwi. Jest im zupełnie obca otwartość mieszkańców Osaki, którzy potrafią bezceremonialnie wszczynać rozmowy z obcymi w pociągu czy tramwaju, a nawet - trzeba to podkreślić - pytają o ceny przedmiotów, o sklep, w którym ktoś kupił to, co akurat noci. Tokijczyk uznałby takie zachowanie za niegrzeczne i świadczące o złym wychowaniu. W tym zakresie poczucie konwenansu jest u tokijczyków silniej rozwinięte, lecz jednocześnie w rezultacie przesadnego zwracania uwagi na pozory i opinię otoczenia, zatracają oni energię i przedsiębiorczość, w sposób nieunikniony skłaniają się do biernej postawy.(...) Jeśliby tokijczyk nie mógł wyrazić jakiegoś uczucia w bardziej powściągliwej formie, wolałby w ogóle zrezygnować z jego wyrażenia i zbyłby po prostu cała sprawę jakimś żartem.
W wyobraźni Kaname pojawiły się nagle twarze ludzi z tamtych dawnych czasów, ludzi, którzy wiedli swój żywot w głebi mrocznych domów, w cieniu zasłon. Mieli oni takie same rysy twarzy jak lalki teatru bunraku i żyli chyba podobnie jak bohaterowie sztuk granych w tym teatrze. (...) I czy Ohisa nie jest naprawdę jedną z takich postaci? Przed piędziesięciu czy może stu laty kobieta taka jak ona, w takim samym kimonie i pasie obi, szła zapewne w podobny sposób tą ulicą w dzień wiosenny, niosąc jedzenie w pudełkach, w drodze do teatru na równinie za rzeką. A może poza jednym z tym okratowanych okien grała na koto Śnieg? Doprawdy, Ohisa była zjawą z minionej epoki.
Jeszcze dziś starego rody w Kioto, udając się do miejscowości słynnych z pięknych kwiatów wiśni, czesto zabierają ze sobą służącego, który dźwiga wypełnione przysmakami pudełka oraz sake. Na miejscu wypożyczają metalowe naczynia, w których sake podgrzewają, nie dopite resztki wlewają z powrotem do butelki i zabierają do domu, by użyć je do gotowania potraw; (...)
Gdy mężczyzna się starzeje, kobieta przemądrzała, a nawet zbyt wrażliwa staje się chyba towarzyszką nieznośną i kłopotliwą. Na pewno lepiej pokochać taka kobietę, którą można darzyć uczuciem jak ulubioną lalkę. Kaname nie sądził, by on sam mógł naśladowac starego ojca, ale kiedy pomyślał o swoich sprawach rodzinnych, o tych nieustannych komplikacjach i konieczności przyjmowania wszystkiego ze zrozumieniem, czuł, że życie tego starego człowieka - który z kobieta podobną do lalki, w stroju jak ze sztuki teatralnej, wyjeżdża na Awaji w poszukiwaniu starych lalek - upływa w świecie głębnokiego spokoju, radości i wesela.
