Kobo Abe "Kobieta z wydm"Główny bohater zaginął - nigdy nie powrócił z wyprawy entomologicznej, na której miał spędzić trzy dni urlopu.
Nie, nie zdradziłam Wam zakończenia książki - tego dowiadujemy się z pierwszego jej zdania.
Niki Jumpei zostaje na noc w małej wioseczce nad morzem i rano orientuje się, że nie może się wydostać z domu w piaszczystej jamie, został uwięziony przez mieszkańców wioski. Od samego początku, choć wiedziałam, że wysiłki są daremne, kibicowałam naszemu nauczycielowi w jego bezsensownej walce z żywiołem piasku i spiskiem mającym na celu utrzymanie go w miejscu, do którego przyjechał. Jakże to było męczące - piach nawiewany każdego dnia, wżerający się w każdy zakamarek ciała i budynku, wrzechobecny, śmiertelnie groźny. Pozornie bezsensowna mechaniczna praca, polegająca na codziennym bezustannym wynoszeniu nawiewanego piasku - nic bardziej wyrafinowanego, tylko łopata, bańka po benzynie jako pojemnik na piach i powtarzalny rytm - sen, posiłek, kopanie, odpoczynek.
Jednak zdziwiłby się ten, który kupiłby tę książkę wyłącznie z zamiarem prześledzenia prób ucieczki bohatera i jego triumfu lub kleski. Istotą tej powieści jest coś innego - coś leżącego w głębszych warstwach ludzkiej świadomości. Niki Jumpei przywołuje obrazy ze swojego dotychczasowego życia w mieście i uświadamia sobie, że tamto życie pod wieloma względami było bardzo podobne do tego na dnie piaszczystej jamy, i sam świadomie dokonuje wyboru, jaką ścieżką dalej podążać.
Bardzo dobrze komentuje to "The Guardian":
Piasek jest więzieniem, dosłownym i symbolicznym, ale nie tylko dla bohatera. My też jesteśmy zasypani. My też spędzamy życie na tak bezsensownych (jesli nie dla nas, to przynajmniej dla świata) zajęciach jak niekończące się przesypywanie piasku do koszy, zaspokajanie podstawowych potrzeb. Kiedy czytamy o trudnej sytuacji, w której znalazł się ten człowiek, (...) czytamy o sobie samych.










